Przeskocz do głównej zawartości

Ćwierkający Mózg

Ćwierkający Mózg

Relacja Macieja Geminga z koncertu kwartetu Marka Pospieszalskiego na Mózg Festival 2017


13th MÓZG Festival: Marek Pospieszalski Quartet / Rashad Becker / Kondensator Przepływu / ædm

Marek Pospieszalski Quartet, 13th Mózg Festival

Jest już końcówka stycznia, ale wciąż jedną nogą tkwię w minionym roku. Gdy układałem podsumowanie było mi szkoda, że o dwóch koncertach, które umieściłem w czołówce, nie wspomniałem ani słowem. Miałem nadzieję, że ten chwilowy dyskomfort szybko minie, jednak nadal odczuwam nieprzyjemny nacisk tych – niewypuszczonych na bieżąco w eter – odczuć. Dziś do części z nich spróbuję wrócić.
Początek nie szedł gładko – przez pierwsze 15 minut Rhodes był nieznośnie głośny. Naciśnięcie klawisza pozostawało dla odbioru tak dewastujące, jak dewastujący dla próby odpoczynku jest nagły sygnał karetki, albo niespodziewany krzyk dziecka – dźwięk niemal za każdym razem dotykał granicy sprzęgu. Na szczęście akustyk, w dogodnym momencie, wtargnął na scenę i bez szkody dla ciągłości wydarzenia przesunął głośnik w stronę ściany, w następstwie czego… problem zniknął. Od tego momentu udział instrumentów w fakturze dyktowała już wyłącznie artykulacja, a szlachetną, połyskującą i barwną selektywność utrzymano do końca.
Sama muzyka niosła z sobą jakiś, delikatnie onieśmielający, komunikat. Dominował zmienny, giętki, samoświadomy, płynny dialog szorstkości z melodyjnością, odbywający się zarówno na poziomie formy jak i brzmienia. W pewnym momencie, te dwa przeciwieństwa zaczęły na siebie przedziwnie wpływać, przez co podstawowe motywy nawet na chwilę nie stały się zbyt ładne czy przerysowane, a te sonorystyczno-aleatoryczne fragmenty, nasączone przystępnym kontekstem sprzed kilkudziesięciu sekund, nie tracąc dzikości, dostawały jakiegoś świeżego ducha i gdzieś na dnie, czy po bokach tliły się – chyba bardziej wyczuwalne niż słyszalne – znamiona drive’u.
Różne drogi prowadziły do tych rozwiązań – czasem wszyscy szli razem, następnie jak na komendę się rozdzielali, pozornie rujnując wszystko, co wcześniej zbudowali, by później znów się „złapać” i z jednej strony nadać sens pozornemu zaprzeczeniu obranego wcześniej kierunku, a z drugiej zagrać nuty od których rozpoczęli w innym rejestrze emocjonalnym i z nową intensywnością. Zdarzało się też pójść inną ścieżką – w melodyczny fragment wszedł wyłącznie saksofon z kontrabasem, podczas gdy na elektrycznym pianinie dominował ciężki minorowy akord, a perkusja pisała własną historię… i nadal wszystko się zgadzało.
Właśnie ta, uzyskiwana pomimo przeróżnych zakrzywień, spoistość nie dawała mi spokoju, tym bardziej, że występowała zarówno w zespole jako całości, jak i cechowała każdego z osobna. Max Andrzejewski miał bębny nastrojone ekstremalnie „krótko”, a wybrzmiewanie talerzy często tłumił – zwykle nie znoszę takiego ustawienia, ponieważ w 99% przypadków tomy i werbel sprawiają wrażenie klaustrofobicznych, a blachy funkcjonują jakby wyabstrahowane od reszty zestawu, ale – na szczęście – nie tym razem.
Perkusji wciąż towarzyszył niesłabnący wiatr, klejący uderzenia między sobą, co przy ciepłym i odrobinę lejącym, ale równie „orkiestrowo”, traktowanym kontrabasie Maxa Muchy, poważnie pulsowało w przestrzeni. Stabilizację i pewną dosadność przynosił Elias Stemeseder, a nad nimi wszystkimi wszechstronnie, choć nie autorytarnie, brał górę tenor Marka Pospieszalskiego.
Grał gęsto i energicznie, ale nawet nagłe przejścia z burdonowego trzęsienia, do ćwierkającego pisku, nie miały w sobie nic z kuglarstwa czy pustego mieszania wszystkiego ze wszystkim – to raczej głębokie i pełne wolności potraktowanie kultowego tematu (Sinatry), z którego, tego wieczoru, wyrosła więcej niż orzeźwiająca muzyka.