Przeskocz do głównej zawartości
Identyfikator
R17t011
Data
Tytuł
AUTENTYCZNA PŁASZCZYZNA POROZUMIENIA
Etykiety

AUTENTYCZNA PŁASZCZYZNA POROZUMIENIA

AUTENTYCZNA PŁASZCZYZNA POROZUMIENIA

Opis

Z Grzegorzem Pleszyńskim rozmawia Mikołaj Zieliński

Tekst

Mikołaj Zieliński: Czy powstanie klubu Mózg wpłynęło na ciebie w jakiś sposób? Jeśli tak – w jaki?

Grzegorz Pleszyński: Myślę, że wszystko na nas wpływa w naszym życiu. Nawet najmniejsze drobinki kosmiczne mają wpływ na nas i myślę, że tego nie doceniamy. Co dopiero takie wydarzenie, jakim stał się Mózg od początku swojego istnienia. To pytanie jest troszkę naiwne, ale ma swój sens, ponieważ rzeczywiście trzeba się nad tym dobrze zastanowić. Myślę, że wpływ na pewno był duży, bardzo duży, ale myślę, że jak w przypadku każdego twórcy związanego z Mózgiem oddziaływanie było obustronne – ludzi związanych z Mózgiem na to, co się w Mózgu działo i odwrotnie. Była to jednocześnie płaszczyzna do spotykania. Dla mnie na przykład zajmowanie się sztuką to jest forma komunikacji z drugim człowiekiem, w ogóle z ludźmi. Traktuję sztukę jako formę pewnego bycia z kimś, rozmawiania czy to o obrazie, czy o performansie, czy o wydarzeniu, czy happeningu, czy w ogóle o jakichkolwiek wartościach. Sztuka ma tu być jakby takim pretekstem do szukania komunikacji, a nawet źródeł komunikacji dlatego, że uważam, że im dalej od źródeł, tym woda jest bardziej brudna i trudno już nam się porozumieć w wielu kwestiach. Jedną z takich przyczyn jest na przykład pogarda, która wyrasta właśnie z nieumiejętności porozumienia się. Pogarda, która jest na tyle istotna i niedoceniana, że na przykład kształtuje nasz stosunek do drugiego człowieka, ale też w ogóle do całej wspólnoty, do polityki. To co mamy teraz w polityce to dokładny przykład. Nikt nikogo nie słucha, tylko drugim pogardza. Nie ma skupienia, zastanowienia się, jest tylko wymiana inwektyw, jak u szesnastoletnich chłopców z podwórka, których emocje są niedojrzałe. Nie ma czegoś typu "Usiądźmy, pogadajmy o tym. Co ty o tym sądzisz? Jak ty myślisz?", tylko "Wkopmy tego, który myśli inaczej, w ziemię". Nie myślę tu ani o prawicy, ani o lewicy, chociaż moje sympatie są określone, natomiast mówię tu o całym procesie pogardy. I myślę, że Mózg też się nie obył bez takiego symptomu pogardy, co mi bardzo nie odpowiadało. Nie zawsze mi to odpowiadało w Mózgu. Nie zawsze nam było i jest po drodze, natomiast dużo tych rzeczy było istotnych i ważnych, bo jest to przede wszystkim taka platforma, na której ludzie się spotykają z różnymi pomysłami i z reguły jest tak, że te pomysły mają tu swoje miejsce, gdzie mogą się wylęgnąć. I to jest wielka wartość. Oczywiście – cały czas to miejsce i ci ludzie ewoluują. To nie może stać w miejscu, bo świat jest dynamiczny i w miejscu nigdy nie będzie stał. Życzenie sobie tego, żeby Mózg był takim miejscem, jak na przykład dwadzieścia lat temu czy dziesięć lat temu, jest bezsensowne. Ludzie mają frustracje z tego powodu, że kiedyś było inaczej, a przecież tak to jest. Dla mnie istotne jest traktowanie sztuki formy komunikacji, a jednocześnie szukanie mechanizmów, które nas łączą i tych które dzielą. Czasami w tym szukaniu z Mózgiem jest mi po drodze.

M. Z.: To też jest dla mnie istotne, z racji tego, że dużo podróżowałeś, nadal podróżujesz i znasz ludzi z zupełnie różnych kręgów artystycznych. Dlatego na pewno masz jakąś perspektywę, dystans i optykę może nie do końca tożsamą z artystami, którzy byli głównie związani z klubem od samego początku i cały czas współtworzyli to środowisko, nie przemieszczając się aż tak dużo. Czy postrzegasz jakąś wyjątkowość tego miejsca na tle swoich eksploracji innych środowisk lub miejsc centralizujących twórców?

G. P.: Na pewno Mózg nie jest tutaj jakimś unikatowym zjawiskiem. Myślę, że potrzebny jest tu szerszy kontekst kulturowy i subkulturowy. Czasy powstania klubu były czasami, gdy subkultury się rodziły i każda z nich w jakiś sposób próbowała się organizować w jakieś mniej lub bardziej trwałe struktury. Mózg zorganizował się w dosyć trwałą strukturę, która nadal istnieje i to też jest jego wartość. Każde takie miejsce, jak staje się ważne, to już w jakiś sposób staje się unikatowe i indywidualne. Oczywiście można szukać podobieństw w takich miejscach w Europie i na świecie, i dobrze też, że takie podobieństwa istnieją, choć na pewno w Mózgu jest jakaś unikatowość.

M. Z.: To też może być istotne dla lokalnych środowisk. W jaki sposób postrzegasz wpływ ponaddwudziestotrzyletnich działań klubu na ludzi "z zewnątrz", którzy nie są nawet specjalnie związani ze sztuką?

G. P.: Myślę, że ten wpływ też był duży. W pewnym momencie wręcz ogromny. Nikt tworzący to miejsce nie mógł się nawet tego spodziewać, bo powstało ono w sposób autentyczny, czyli z pracy, z pasji czy różnych emocji temu towarzyszących, a niekoniecznie ta struktura musiała przetrwać. Przetrwała i bardzo dobrze. Wiadomo, że im bliżej, tym większy wpływ, ale to nie znaczy, że takiego wpływu nie było w Polsce, w Europie i na świecie. To, co się tu działo – zaistniało szerzej i to też jest ważna cecha tego miejsca. W wielu takich miejscach szybko skończyła się energia do działania.

M. Z.: Masz na myśli jakiś taki określony ferment, który działa na zasadzie, powiedzmy, spadającej gwiazdy czy meteorytu?

G. P.: No tak, bo to są te same siły kosmiczne. To też zawsze przy moich działaniach było istotne, że wszystko to, co się dzieje na obrazie czy dzieje się w czasie akcji performerskiej, czy się dzieje z ekonomią światową, to są wszystko te same siły, które odziałują i objawiają się na różny sposób. To są te same kanały, ta sama siatka, ta struktura wszechświata i kosmosu. Dlatego ważne jest, że jeżeli coś jest autentyczne, to wpisuje się w tę dynamikę świata i Mózg stał się takim miejscem, które wpisało się w sposób naturalny w tę całą dziejącą się aktualność.

M. Z.: A czy dla ciebie, jako twórcy, jako poszukiwacza pewnych środków wyrazu, to co robisz dzisiaj i to co zamierzasz robić – bo na pewno masz jakieś plany – jest w jakimś stopniu zdeterminowane przeszłymi działaniami tego miejsca?

G. P.: Chciałbyś żebym powiedział: nie? (śmiech)

M. Z.: Po prostu jestem ciekaw. To nie jest pytanie-pułapka, choć pewnie może trochę tak brzmieć.

G. P.: Fajnie, bo prowokuje do czegoś. Miałbym się nagle jakąś folią odgrodzić od tego, że tutaj działałem prawie od początku? Chłopie, nie mogę sobie oderwać kawałka swojego życia, po prostu nie ma po co. Tak jak powiedziałem – nie zawsze jest mi po drodze z tym miejscem, tym niemniej jest ono ważne. Wiele rzeczy się tu narodziło i myślę, że to istnieje w moim myśleniu o sztuce, w myśleniu o ludziach. Jak najbardziej. Co prawda wpływów na nas, jako twórców czy jako ludzi, jest ogromna ilość. Ja się cieszę, że jednym z tych elementów, które miały na mnie wpływ niemały w tej mojej strukturze, jest klub Mózg.

M. Z.: Pytam o to dlatego, że jakiś czas temu rozmawiałem z Jerzym Mazzollem i on zwrócił mi uwagę na pewne zjawisko. Chodzi o to, że jego zdaniem ostatnimi czasy pojawiła się taka tendencja, że ludzie odcinają się od swojego pochodzenia, chociażby artystycznego, jakby chcieli się objawić takimi znikąd.

G. P.: Taak. "To wszystko ja wymyśliłem. To jest moje. Urodziłem się i już myślałem, że będę Andym Warholem". Właśnie o tym zrobiliśmy teraz ten antydepresyjny musical Andy Warhol. On jest też między innymi o tym. Jest po łemkowsku, więc jest w nim ta zaśpiewność południowo-wschodniej Polski. W każdym razie to jest tak, że nie spadasz znikąd. Warhol czerpał ze wszystkiego, nawet z własnej kultury, religii południowo-wschodniej części Polski i Słowacji. Ta religia się objawia mocno w jego ikonografii ostatnich lat życia, gdy malował Ostatnie wieczerze, Maryje z motocyklem harleya. Nie uciekł od tego, a nawet niektórzy nazywali go artystą na wskroś religijnym. Marylin Monroe to była tak naprawdę ikona przetworzona przez papkę Campbella. On to wszystko wymieszał, ale w pewnym momencie był skłonny twierdzić, że zrobił to wszystko od nowa. To nie jest prawdą, bo to też jest niemożliwe. To takie pakowanie się w folię. Christo [Vladimirov Javacheff] też się pakował w folię... "Pierwszy owinąłem". To robotnicy owijają na budowach w folię te wszystkie rzeczy. No i fajnie, że ktoś to zauważył i zrobił z tego akt artystyczny, bo to też jest jakieś nawiązanie do rzeczywistości, ale przerost "ja" jest tutaj niezwykły, prawda? (śmiech)

M. Z.: Niektórzy uważają, że to "ja" jest bardzo mocno wpisane w samo bycie artystą...

G. P.: Ja bym tak ostro nie kategoryzował, że jest wpisane i tak musi być. Jest wiele innych i głębszych powodów. "Ja" jest oczywiście ważne, ale to właściwie dla każdego. Ja, który muszę być egoistą malując obrazy czy robiąc performance radzę sobie z nadmiarem uwagi i też pychy, którą muszę mieć i się nią karmić, bo jest to też potrzebna forma przyjemności. My potrzebujemy przyjemności, ale potem jestem też w stanie to komuś innemu oddać. To nie tak, że jestem, siedzę sobie, się wachluję i tylko spływają na mnie te profity świata, czyjeś uwielbienie i pieniądze. To nieprawda, bo zapieprzasz jak idiota od rana do nocy – i po co? Żeby to "ja" postawić na pomniku czy żeby zarobić pieniądze? Myślę, że jedno, drugie, trzecie, piąte i dziesiąte. Kto ma więcej czego, też mi trudno powiedzieć, bo nie jestem tobą i nie wiem czego masz więcej, jakich egoizmów, pragnień, żeby robić sztukę. Trudno to powiedzieć, ale ważne, że robimy i gdzieś też się porozumiewamy. W Mózgu porozumiewa się muzyk z zupełnym laikiem, nie mającym pojęcia o muzyce. To jest taka pewna tendencja od wielu lat. Wydawałoby się, że to coś nowego, bo każda generacja uważa "kurde, odkryliśmy takie rzeczy, nikt o tym jeszcze nie wiedział przez trzydzieści tysięcy lat". Oczywiście to są bzdury. Jedni z pierwszych punkowców, to byli tak naprawdę impresjoniści. To oni wychodzili w plener, gdy wszyscy artyści siedzieli w zakurzonych pracowniach i malowali obrazki. Oni powiedzieli: "Pierdolę to, wychodzę na ulicę i maluję w plenerze". To było to samo działanie, co w Mózgu, a to było sto pięćdziesiąt lat temu. Pojawiły się farby w tubkach i to pozwoliło im wyjść w ten plener, i malowali. Ktoś patrzy na Moneta i mówi "Panie szefie, to pies ogonem machał po tym obrazie, umoczył się w niebieskiej farbie, pan dodał pomarańczkę i jest Impresja wschód słońca". Jest to w sumie przekręt, ale przekręt tylko w stosunku do tego akademickiego malarstwa. Jest tu jakiś gest artystyczny. Ta anegdota o psie jest prawdopodobnie tylko anegdotą, ale oddaje ducha tamtego czasu, w którym ci artyści rzeczywiście stworzyli coś, wydawałoby się, nowego. Chociaż to też okazało się nienowe, bo to samo robił Tycjan i wielu innych, takich jak na przykład Goya. Podobnie było z Picassem. Dla mnie to jest taka przygoda, która jest podkreślaniem zachwytu rzeczywistością. To mi utrwala mój zachwyt nad rzeczywistością, kolorami, dźwiękami czy ludźmi. To jest to. Myślę, że to towarzyszy wielu aktom twórczym.

M. Z.: Interesuje mnie to, co wcześniej powiedziałeś o tym, że muzyk albo artysta wizualny komunikuje się z kimś, kto nie jest muzykiem, artystą czy nawet krytykiem i nie ma nic wspólnego ze sztuką czy to w sposób akademicki czy laicki, naiwny. Przed naszym spotkaniem poczytałem sobie trochę o tobie w Internecie i natknąłem się na zdanie, które mi się spodobało odnośnie sztuki. "Sztuka wywodząc się z magii ma w sobie siłę, która jest w stanie przeciwstawić się dewiacjom i wynaturzeniom cywilizacji technicznej i przywrócić poczucie harmonii z naturą, wszechświatem i drugim człowiekiem".

G. P.: Takie przesłanie rzeczywiście mi towarzyszyło i poniekąd do dzisiaj towarzyszy.

M. Z.: To zdanie do mnie trafiło i zacząłem zastanawiać się czy i w jaki sposób to funkcjonuje w Mózgu. Wiem, że jest wiele takich tendencji, które skłaniają ku temu, aby komunikacja zaistniała na jakimś najszczerszym szczeblu. Jestem ciekaw jak ty to postrzegasz?

G. P.: Ten klub jest rzeczywiście prawdziwą, autentyczną płaszczyzną, na której porozumienie między zupełnie różnymi ludźmi jest czymś zupełnie naturalnym i normalnym. Wszystko oparte jest na kontrastach i tutaj też jest coś takiego. Jest na przykład różnica generacji. Ja już jestem inną generacją w stosunku do ciebie, za tobą są młode wilki, które są już inną generacją, ale w Mózgu jest możliwość, że te generacje się spotykają – i ten z początku gonitwy i ten z jej końca. I w tym jest ważna siła tego miejsca, które może emanować takimi możliwościami.

Przypis bibliograficzny
Zieliński, Mikołaj i Pleszyński, Grzegorz, “AUTENTYCZNA PŁASZCZYZNA POROZUMIENIA,” MÓZG archiwum, Dostęp 14 listopada 2019, http://archiwum.mozg.art.pl/items/show/100.
Relacje między zasobami

Zasób nie ma zdefiniowanych relacji