Przeskocz do głównej zawartości
Identyfikator
R17t009
Data
Tytuł
SOCZEWKA, KTÓRA ZEBRAŁA PÓŁNOC
Etykiety

SOCZEWKA, KTÓRA ZEBRAŁA PÓŁNOC

SOCZEWKA, KTÓRA ZEBRAŁA PÓŁNOC

Opis

Z Jerzym Mazzollem rozmawia Mikołaj Zieliński

Tekst

Mikołaj Zieliński: Czy klub Mózg ma dla ciebie jakieś znaczenie? Jeśli tak – jakie?

Jerzy Mazzoll: Można powiedzieć – zasadnicze znaczenie. Dzisiaj wspominałem czasy, kiedy jeździłem do jeszcze Trytonów, po to, żeby poprzebywać z Przybielem [Andrzejem Przybielskim]. Trytony funkcjonowały jako grupa i jako klub. Ja przyjeżdżałem z Gdańska. Miałem tylko na bilet i to była kwestia przybycia do mistrza, natomiast moi kumple grali z nim prawie codziennie. Ja siadałem przy Andrzeju i słuchałem, a o trzeciej w nocy pakowałem się i jechałem do domu. Nie chodziło o żaden haj, żadną imprezę, nie paliłem z Andrzejem blantów, nie stawiałem mu piwa. Po prostu mogłem poprzebywać z mistrzem i ja to doceniałem. Ostatnie nasze spotkania odbyły się osiem lat temu, kiedy moja żona jeszcze nie była nawet moją narzeczoną. Mieszkała w Toruniu i ja na przykład przyjeżdżałem do niej, ale zanim się z nią spotkałem, miałem cały dzień. Więc zawsze mu płaciłem, żeby z Bydgoszczy do Torunia dojechał. Andrzej żądał setki koniaczku i blantów. Ja mu stawiałem kawkę, graliśmy, rozmawialiśmy przez godzinę, przez pół godziny, nagrywaliśmy to u znajomego. Natomiast dla mnie to były takie dialogi. Nie chodziło o to, że ja zbierałem nagrania. W ogóle tego nie wydałem, nie lubię takich pogrobowych akcji. Po prostu siedziałem sobie z nim i rozmawiałem. On po prostu był dla mnie oryginalny, rozumiesz, mogłem mistrza zapraszać. Poprosić go, żeby przyjechał. To on robił ten wysiłek. Przyjeżdżał i oczywiście jak odjeżdżał, to nie dostawał ode mnie danej kwoty, bo na to się nie umawialiśmy – zresztą ponoć lubił ze mną grać, więc to było takie wymienne – ale dostawał seteczkę koniaku do autobusu i małe co nieco, jeśli potrzebował i chciał.

M. Z.: Czyli to on był tym magnesem, który cię przyciągał do Bydgoszczy?

J. M.: Nie, magnesem było trio Trytony i do nich jeździłem, a potem zrozumiałem, że oni są katalizatorem moich spotkań z Andrzejem. To było dla mnie bardzo ważne. Przyjeżdżałem i z nimi grałem, później się zawijałem i jechałem do Gdańska. I to był jakby początek. Kiedyś na moim festiwalu Supersam, zanim było +1, wyciągnąłem Sławka na taką poważną rozmowę, trochę tak, jak ty mnie teraz, o tym dlaczego stało się to, co się stało, jak Róży wyjechał do Stanów i jak powstał Mózg. Więc, rozumiesz, tę historię może ci opowiedzieć Janic. Natomiast stało się tak, że ja pamiętam moment, w którym chłopcy stawiali sami bar z cegieł. I ten Mózg był cały czas. Ja mieszkałem wówczas przeważnie za granicą, w Niemczech. Jednak niektórzy ludzie mnie identyfikują jakbym był z Bydgoszczy, a ja mogę powiedzieć, że jestem z Mózgu, ale nigdy tego nie uwłaszczałem. Pamiętam jak się siedziało i były awantury – czy to Muzyka z Mózgu, czy yass. Poza tym jass Tymon pisał przez "j", a ja wymyśliłem, że przez "y". Natomiast jak przyjeżdżałem do Mózgu, to czułem się jak w domu. Oni się awanturowali, a ja miałem święta. Później, jak przyjechałem założyć Arhythmic Perfection – to był Trzacha [Mikołaj Trzaska], Tymon [Tymański] i Gwizdek [Tomasz Gwinciński] grał na perkusji, no tragedia kurwa! I będziemy znowu fryty grać? – Mówię: "Nie, nie, nie, mam koncepcję, mam partytury". To były pierwsze koncerty w Mózgu. To znaczy ponoć ktoś tam wcześniej zagrał – Pawlicki, Pawlicka... jakieś otwarcie było, ale chodzi o takie regularne koncerty, jeszcze na sali barowej. Zresztą jest film, na którym śpiewamy "Andrzeja". Wczoraj to z Jasiem [Zdunkiem] wspominaliśmy, bo on siedział jeszcze wówczas wśród publiczności, byliśmy kwartetem. Miał dołączyć Przybiel, ale wisiał mi wówczas 200 euro czy marek. Przyjechał do mnie do Niemiec, zabarłożył i siedział. Wyjebałem go na święta Wielkiej Nocy do jego przyjeciela Helmuta Nadolskiego, ale Helmut z większą skutecznością go wyjebał tak, że za moment Andrzej był znowu u mnie. I stoi pod domem, dzwoni do domofonu i mówi: "Jerzy, Jerzy... bracia, Polacy, rodacy!" (śmiech). A ja: "Kurwa, Andrzej, miałeś spędzić te święta u przyjaciela"... W każdym razie potem musiałem mu pożyczyć na podróż i później Andrzej przyszedł na próbę, mówi do mnie "Jerzy, ja nie mam kasy, ale ci oddam w naturze" i podaje mi fotograficzną fiolkę grassu. Pytam co to jest, a on mówi, że bardzo dobre. Pytam skąd wie, że dobre, a on na to, że próbował, więc pytam: "Kiedy próbowałeś?", a on na to, że dzisiaj. Więc mówię "Kurwa, mówiłem ci, że nie masz przychodzić ujarany na próby", wziąłem tę fioleczkę i wyjebałem do śmietnika. Nigdy nie dochodziłem spłaty długu – co to dla takiego mistrza, żeby mu zapłacić za podróż czy coś, nie chodziło o kasę. No ale Przybiel był taką osobą, która też na przykład mieszkała w Mózgu, bywała w Mózgu. To był stempel mistrza, a innym stemplem mistrza byli Janic i Majewa, z którymi grałem w jednym bandzie. To był mój dom. W ogóle nikt nie kojarzył, że ja jestem z Gdańska. Ta moja era grania z Miłością – okazuje się, że cztery lata, jak widzę na Wikipedii – została z historii wymazana i się okazało, że jestem z Bydgoszczy, choć chyba nigdy nie miałem tam zameldowania. Jak robiłem muzykę do spektaklu z Gwizdkiem, no to w Teatrze Polskim miałem jakiś taki apartamencik.

M. Z.: Właśnie też o to chciałem cię zapytać – czy ty kiedykolwiek mieszkałeś w Bydgoszczy...

J. M.: No tak, w tym apartamenciku. Nie wiem jak długo – mentalnie pół roku, ale to pewnie był miesiąc albo dwa. Za każdym razem jak jechałem z Holandii do Polski, to lądowałem w Bydgoszczy. Bardzo mocno zamieszkałem w Bydgoszczy, gdy w 1995 byłem chory na raka. Wówczas jeszcze o tym nie wiedziałem, coś mnie bolało. Zamieszkałem u Różyckiego. Wtedy Różycki był z Manią [Martą Filipiak] i ona w sumie załatwiła mi pierwszy kontakt z lekarzami. Było tak, że po prostu wylądowałem w Bydgoszczy w szpitalu onkologicznym, który był wówczas najlepszym miejscem na świecie, w Europie albo w Polsce na pewno. Wylądowałem tam dzięki interwencji matki Tomka Gwincińskiego i to był taki moment przełomowy, to znaczy wszyscy, łącznie z lekarzami, myśleli, że umrę. Ostatnio, w dwudziestą rocznicę Mózgu Janic mi powiedział, że mówiono, że przeżyję dwa miesiące. Jak widzisz trochę dłużej pociągnąłem. Tak więc w jakichś faktach Bydgoszcz była bardzo ważna. Co śmieszne, mam żonę z Torunia, która genetycznie nienawidzi bydgoszczan (śmiech), a ja mówię, że moim ukochanym miastem jest Bydgoszcz. Pamiętam jak kiedyś, chyba na pierwszą albo drugą rocznicę Mózgową przyjechała Anka Szajna. Przyjechała wieczorem, coś tam, impreza i rano wychodzimy po jogurt do sklepu, a ona wychodzi i mówi: "Przecież tu jest jak w Paryżu!". No więc jest to dla mnie polski Paryż północy. Wiesz, jak się przełom zaczął, to w tej Bydgoszczy się od cholery działo. Nawet nie mówię o Mózgu. Nagle jakieś powsinogi bydgoskie zaczęły robić wielką kasę, lewe firmy, banki...

M. Z.: Jasne, słyszałem to i owo od starszych kolegów. Natomiast interesuje mnie jak jest postrzegany, i czy w ogóle istnieje, wpływ tego klubu, tego środowiska na to, co jest poza nim. W jaki sposób twoim zdaniem to funkcjonuje?

J. M.: Powiem ci, że dzisiaj jest modne, by mówić, że się pojawiło znikąd. Jak to się mówiło w dawnych czasach – z dupy się wzięło. Mój brat Wojtas wymyślił sam yass i w ogóle tak sam grał. Mały Gonzo, czyli [Rafał] Gorzycki też mówi, że nie znosi awangardy, gra klasykę ECM i te jego pseudointelektualne wypierdy. Odkąd pamiętam, to on zawsze miał w Mózgu dom, rozumiesz? Zawsze. Kilka lat temu się dowiedziałem, że on nie wchodzi na mój koncert w Mózgu, bo ja go dwadzieścia lat temu przyjąłem na takie warsztaty w Olsztynie, gdzie grał Peter Kowald i Olga Szwajgier prowadziła workshop. On i inni mieli okazję tam być. Postawiłem im hotel, ochlej, wyżerkę i siedzieliśmy codziennie przez tydzień z Gorzyckim, Wojtasem, Michałem Górczyńskim, Andrzejem Izdebskim i kilkoma innymi. Codziennie ktoś z nich miał dżob za pięć stówek. Wtedy to była normalna kasa, a poza tym mieli nocleg, żarcie i warsztaty. Na koniec tego wszystkiego mówię, że jadę do Kongresowej zagrać na Warsaw Jazz Summer Days. Wtedy już nie było Arhythmic Perfection, więc brałem swojego brata i Olgę Szwajgier, a Izdebski zapytał mnie: "Juru, na czym mam zagrać? Na bezprogówce czy na barytonie?", a ja na to: "Naprawdę, masz wolność, graj na czym chcesz, po co mnie pytasz?". On: "Wiesz, bo tam w Kongresowej..." Ja: "Będziesz grał jutro w Kongresowej?", a on mówi: "A nie?" (śmiech). I ponoć – rok czy dwa lata temu mi to powiedział Janic – Gorzyc nie wchodzi na moje koncerty, bo wtedy go nie wziąłem do Kongresowej, rozumiesz? Ja bym go do dzisiaj nie wziął do Kongresowej. Dlatego, że jest wychowankiem Gwincińskiego, z nim powinien grać, ewentualnie niech Gwinciński go ustawia. To znaczy, że w Mózgu były relacje rodzinne. To znaczy, że są konflikty i są problemy. To że jest prawda pewna. W Gdańsku na przykład wszyscy się poklepują i wszyscy są bardzo mili, ale kurwa ci sznurowadeł nikt nie pożyczy.

M. Z.: Widzisz, uprzedziłeś moje pytanie, czyli – dlaczego Mózg nie powstał w Gdańsku?

J. M.: Bo kurwa tam się nikt nie zajmuje nikim. Każdy zajmuje się sobą. Zobacz – Tymon, Mikołaj [Trzaska], mój brat. Nie wiem skąd ten syndrom. Ja robiłem chyba w 1996 roku pierwszy festiwal muzyki improwizowanej w Sopocie. Wtedy tam grała Ścianka, Miłość, Arhythmic Perfection, no to był wyjątek. Od jakichś gości, którzy smażyli ryby, po stówie dla każdego załatwiłem, wszyscy przyjechali. Ale potem zaczął się rozpad. Robiłem jeszcze festiwal Yass-no – na drugim brzegu Motławy, gdzie powstawała dzisiejsza Filharmonia Bałtycka. I stary, żeśmy od Fortisa ściągnęli sprzętu po pięć kilo na stronę. Ale niestety w niedzielę grał Tymon, który czuł się jakoś niespełniony – jak zwykle. Tymon coś tam gra – a wiedział, że Wim Mertens ma przyjechać – i nagle mówi: "A Wim Mertens to ten pedofil co buty produkuje?", a wiesz, ludzie z dziećmi na spacerach i mieliśmy jakąś aferę. Wiesz, jak to Tymon – sypnął kurwami ze sceny i grał dalej. My z kolei graliśmy Arhythmic Perfection Orchestra czyli Arhythmic Perfection stare i Arhythmic Band, czyli Wojtas, [Michał] Gos i Adaś Kamiński – razem. No i żeśmy grali z drugiej strony Motławy na potężnym nagłośnieniu, no ale Tymon właśnie zrobił takie jaja. Poza tym zrobił mi aferę, że Możdżer dostanie więcej niż wszyscy, a z wszystkimi się umówiłem na jakieś siedem i pół stówy. To była dobra, normalna stawka, nie miałem więcej. Organizatorzy mnie przewalili. Wiesz, że Tymon miał rację? Zapłacili Możdżerowi chyba tysiąc pięćset. Rozumiesz, obrazili nas. Tymon miał rację i dlatego on tak z tej sceny... Wiesz, bo mógłbym powiedzieć, że Tymon jak zwykle zasrał, był nieprzyjemny. No klął, przegiął pałę, w środku niedzieli kurwami rzucał przy nagłośnieniu pięć kilo. No ale to taka typówka Tymona, która ma dużo sympatii większości ludzi, że on coś wyczynia, aczkolwiek powody były osobiste – Leszek dostał więcej. Ja jako organizator byłem przekonany, że nie, ale się okazało, że panie z miasta L e s z k o w i zapłaciły... No w każdym razie ja robiłem festiwal Yass-no. W klubie Plama była taka seria koncertów, na które zapraszaliśmy najlepszych improwizatorów na świecie, na ile się dało. Potem jak wróciłem, czyli zupełnie niedawno 2009-2012 zrobiłem Supersam. Zaprosiłem swoich mistrzów, żeby zrobić tam Supersamy. No ale po roku okazało się, że już nie ma takich pieniędzy, więc tę nazwę wraz z pomysłem sprzedałem Sławkowi i były Supersamy w Bydgoszczy. Ja akurat jeździłem do żony do Torunia i się okazało, że w Toruniu są ci goście z Hati, wiesz, Iwański i tak dalej, przyjeżdżali, bo były dobre koncerty. Jak sprowadziliśmy się do Warszawy, namówiłem Sławka, żeby zrobić filię Mózgu tutaj, żeby jakby dom swój tutaj przenieść. Wymyśliliśmy Supersam + 1, czyli bycie razem na scenie różnych podmiotów. Mówię o tym dlatego, że opowiadam ci totalnie swoją historię Mózgową. Arhythmic Perfection nie byłoby, gdyby nie Mózg. Jak wyjeżdżałem, to grałem z Olterem i z Walickim, a jak przyjechałem, to i Olter, i Walicki grali w Miłości. Plus Możdżer i Sikała. Ale taka sekcja? Wiesz, bo Tymon przeszedł na gitarę. No i noś tych dwóch młodziaków, którzy byli geniuszami, ale nie byli moi. Więc ja przyjechałem do Bydgoszczy i patrzę, kto tu kurwa? Gwizdek – kumpel, no ale nie rozjebię mu Trytonów, więc wezmę go na perkusję. Janic grał wtedy na saksie, ale zaczynał na kontrabasie, miał takie pierdolnięcie. Majewa grał w jakichś zespołach reggae, ale przyjaźnił się z Heniem Palczewskim i miał takie zaciągi, był swego rodzaju trochę takim intelektualistą, słuchał alternatywnego rocka, Skeleton Crew. No i Przybiel miał grać, ale tak jak mówiłem – bakał cały czas, przychodził na próby ujarany. Ja mu w pewnym momencie mówię: "Ty, tam przy barze stoi taki gość i myje podłogę – on będzie grał.", a Andrzej: "No co ty, Jerzy". No ale okazało się, że ten gość to Jasiu Zdunek. No i tak, jak mówiłem – jak zagraliśmy z Andrzejem parę kawałków, to Jasiu nie wiedział o co chodzi, ale wczoraj jak przyjechał na próbę, to on najbardziej wiedział o co chodzi. Miał przygotowane tematy zapisane w nutach i je od razu odłożył (śmiech). Graliśmy w trio i właściwie moglibyśmy jutro zagrać w trio, ale inaczej bym musiał kasę podzielić. W każdym razie było tak, że ten zespół to był taki trochę dar, że zamiast wirtuozów z Gdańska wziąłem nieudaczników z Bydgoszczy. Nazwijmy to tak. Oczywiście ja też byłem trochę taki. Wiesz, bo ja byłem w klasie, w której uczył mój profesor Tadeusz Kamiński. Tam się wychował Maciek Sikała, Adam Wendt, Emil Kowalski, taki klarnecista, który grał sola Charlie Parkera na żywca i tak dalej. Wszyscy w zasadzie statkowcy, chyba Wendt nie, bo grał z Walk Away. A ja byłem niewydarzony, więc sobie dobrałem partnerów niewydarzonych, siedziałem tyłem na scenie, bo nikt nie znał niczego, łącznie ze mną. Z Gwizdkiem miałem taki specjalny kontakt, więc było jakby dwóch liderów, co się zwykle nie zdarza w zespołach. Mieliśmy komunikację i dążyliśmy do jednego, a kiedy to się rozchodziło, to tak naprawdę rozpadał się band. Mam swój zarzut, że był moment, że Majewski i Sławek mieli klub, nie mieli czasu na próby i to się zawsze rozłaziło. Był taki moment, że się wszyscy na mnie obrazili i potem byłem strasznie fakowany. Przyjechałem kiedyś z Jonem Dobie i Brötzmannem. Brötzmann chciał ze mną zagrać na scenie, a oni mówią: "Sorry, Mazzoll is excommunicated in this place. He can't play here" (śmiech), więc nie mogłem tam zagrać. Innym razem przyjechałem, bal, najebka i wziąłem Bartasa [Mołczana] jako didżeja. Grałem z nim i nagle wyłączyli mi prąd, żeby diżej nie mógł grać, więc ja napierdalałem dalej sam. Oczywiście Bartasa należałoby zawsze odłączać od prądu, bo tak byłoby bezpieczniej, ale chodzi przecież o muzę. No były różne przegięcia, ale mimo przegięć, błędów czy tego, że czasem najebany kogoś obraziłem, był to dom. I ja zaznawałem tam domu poprzez muzyków, z którymi grałem – najbardziej w muzyce. Wielu muzyków ze świata, którzy przyjeżdżali, było zadziwionych klimatem, atmosferą, pomimo czasami takiej suchości Sławka. Powiem ci, to ta jego suchość spowodowała, że on się w tym utrzymał. To jego takie wchodzenie w ludzi, ale pewien dystans przez lata spowodował, że zaraz minie dwadzieścia pięć lat odkąd ten klub istnieje. To dużo w skali kraju, a nawet w skali świata. No bo co mamy takiego: Knitting Factory, Stone zaraz będzie miało nową lokalizację, a Mózg jest w Bydgoszczy i jeszcze zrobił filię warszawską. To, że Sławek zostawił tam Kubę powoduje, że to jest ciągle żywe i jakoś funkcjonuje. Był moment, że rozmawialiśmy o tym czy ja bym coś zrobił. Ja mogę tylko wymyślać rzeczy albo grać, albo być. Po prostu nie zajmuję się takimi rzeczami. Nie jestem w tym dobry, aby zająć się biznesem, barem i tak dalej, ale mimo wszystko czuję, że to jest mój dom. Jakby nie było – dzięki temu nie mam żadnych dżobów w Warszawie, co nie oznacza, że w Mózgu gram non stop i mam tam dżoby, ale po prostu się mnie nie zatrudnia, bo się uważa, że mam swój dom. To jest lepsza odpowiedź niż moje bajerowanie.

M. Z.: To ciekawe, bo zastanawiając się, jakie pytania mógłbym zadać pytania moim rozmówcom, rozważałem pytanie o ideę domu. Odpowiedziałeś mi, pomimo tego, że pytania nie zadałem.

J. M.: Powiem ci, że ja uciekałem z Polski. Dzisiaj też nie byłbym w Polsce, tak jak mój kolega Tomek Gwinciński, który dziś przyjeżdża z Plymouth. Założyłem jednak rodzinę i uznałem, że nie chcę, żeby moje dzieci mówiły w innym języku. Byłbyś równie eleganckim, światłym gościem, gdybyś mówił po angielsku? Mielibyśmy taką barierę nie do przełamania. Aczkolwiek jak spotykam się z muzykami, to mówię po angielsku. Ja jestem z tego pokolenia, które nie uczyło się angielskiego, tylko rosyjskiego, ale nie mam problemu z komunikacją w tym języku. Jest jednak coś takiego, co powoduje, że za granicą zawsze czułem się wyobcowany. To jest język. Mnóstwo opluwania i klątw spada na Polaków, ale się okazuje, że w Polsce taki klub istnieje, funkcjonuje, przygarnia awangardę z całego świata przez ćwierć wieku – to jest dużo w skali świata. Ja sam zaraz będę miał pięć dych. Wiele rzeczy działo się przez parę lat, przez chwilę. Galerię Delikatesy Awangardy robiliśmy przez rok, a nadal się o tym mówi. Rzeczywiście było tak, że wracałem do swojego domu w Oliwie, ale byłem w Mózgu w Bydgoszczy. Dopóki nie założyłem rodziny i przeniosłem się tu gdzie jesteś, pod Warszawę na wieś, to mogę powiedzieć, że miałem dom w Gdańsku i w Bydgoszczy. Kiedy jeszcze był tam Gwizdek, miał rodzinę, z którą mieszkał na Gdańskiej, to byłem u niego. W nowszych czasach lądowałem u Sławka lub w Mózgu w pokojach gościnnych. Jak wracałem z Holandii, to mówiłem "Kurwa, nie będę spał w tej popielniczce!" - mam na myśli ten mały pokój, w którym teraz jest garderoba dla muzyków. Tam zaśnięcie przed piątą rano było niemożliwe, niezależnie od tego jak bardzo byłeś zmęczony i jak bardzo się napierdoliłeś. Po prostu było tam głośno, co gorsza mogłeś się obudzić z kimś w łóżku i to nie wiadomo z kim. Psioczyłem na to, ale te psioczenia stanowią o pewnej prawdziwej relacji. Więc tam nigdy nie było łatwo, a ja byłem takim doczepnikiem. Myślę, że oni też mnie wyczuwali, że ja jestem jak Tymański, jak Trzaska, że ja gram na siebie tylko. Było tak. Jak był Kazik, Mazzoll & Arhythmic Perfection, to Mózg ugrywał swoje. Na przykład Gwizdek mi powiedział po latach, że on po prostu rozpierdalał ten zespół, bo on był zazdrosny. W "Rumunie", jednej z najsłynniejszych pieśni, na perkusji gra Majewa. Gwizdek nawet nie przychodził, olewał. Ale dzisiaj jest u mnie w domu i naprawdę, mam taką radochę, że już jestem tak zrąbany, bo my od trzech dni cały czas nawijamy ze sobą. Nie jest to jakieś fałszywe uwielbienie czy nie jest to koleś, który robi mi dobrze, tylko że my mamy bliski związek. Życia równoległe. Powiem ci, że może atutem Mózgu jest to, że nie jesteś uwięziony. Były oczywiście takie podejścia, że to wszystko się nazywało Muzyka z Mózgu, że to jest nasze. Albo niektóre Sławka odmowy, na przykład to, że dzisiaj go nie ma na próbie. Są takie próby zawłaszczenia i dyrektorstwa, ale powiem ci, że graliśmy jakieś pięć lat, a może trzy, a może cztery, kiedy się pojawiła jakaś pierwsza umowa w Mózgu i Majewa mówi do Sławka: "Ty, kurwa, on jest młodszy od nas" (śmiech). Nie chodzi mi o chęć zarządzania, ale o to, że tam się rodzą zasady na bieżąco, pomimo prób zawłaszczenia. Ale z drugiej strony powiem ci, że tylko w Polsce, ktoś mówi, że "wziął się z dupy". No nie wziął się z dupy. Rozumiesz, słuchałeś czegoś tam, co ojciec przynosił. Usłyszałeś moją płytę nie dlatego, że ja tak świetnie gram, tylko dlatego, że twój ojciec robił okładkę. I to wszystko jest piękną sprawą. Czemu nie mam mówić, że on zrobił tę okładkę? Czemu nie mam mówić, że tylko w Mózgu bym tak zagrał, że tylko w Mózgu było takie brzmienie? Teraz zrobiliśmy płytę z Roscoe Mitchellem i z Evanem Parkerem. Nagraliśmy live'y, a Sławek słucha teraz "Out Out to Lunch" i gdzie ten pogłos? To był pogłos tej sali. To było nagrane na jakiegoś Data, na jakiegoś Grundiga, a jest wersja, że wszystko było nagrane na jakiś magnetofon analogowy – wszystko jedno. Było tak, że graliśmy i kończyliśmy nagranie płyty i wszedł jakiś koleś, a aktualny bramkarz, którego wszyscy lubili jebnął temu gościowi. To zerwało tę sesję, która miała trzydzieści osiem i pół minuty. To jest dokładnie połowa pierwszej płyty – "a". Dlatego na "Out Out..." napisałem, że należy ją dwa razy odtworzyć, ale nie było więcej materiału. Nie było możliwości, żeby to powtórzyć. To się mogło stać tylko w Mózgu. No i potem Majewa był taki bardziej racjonalny, odmawiający i mówi: "Nie, Jerzy, nie wchodzimy w tę płytę", bo ja myślałem, że Mózg Production to zrobi. Potem wynalazłem jakichś gości, którzy zasponsorowali wydanie tego. Nagle wyszła płyta, która, uważam, jest naszą najlepszą, najważniejszą płytą. "A" to jest taka przelotówka przez koncerty, jakiś dowcip, a "Out Out..." to jest płyta programowa. Potem zepół się w zasadzie przestał istnieć. Zagraliśmy z Kazikiem i tyle. A z trzeciej strony – nie wiem, ta grupa istniała kilka ładnych lat. Na przykład Księżyk, którego kiedyś zjebałem i powiedziałem mu, że jest krytykiem od kapuścianego rocka i chuja się zna na improwizce, dzięki nam zrobił karierę. Takie fakty, a na koniec gościu jest jakimś szefem Playboya czy coś. Po tym przystkim co teraz powiedziałem, on napisał, że jeśli istniał kiedyś yass, to on był na płycie "a". Miłość to potem był najlepszy jazzowy band w Polsce od czasów Komedy, ja się zgadzam. Był Leszek Żądło i Polish Jazz Ensemble w '70 latach, ale tam byli jeszcze Sendecki i Szczurek. No a po nich była Miłość, to był normalny, dobry zespół jazzowy, a Mózg był miejscem, w którym to można było wyrazić.

M. Z.: Miałem jeszcze pytanie o wpływ na lokalną społeczność, ale właściwie co ty możesz mi o tym powiedzieć, skoro od dłuższego już prawie cię tam nie ma...

J. M.: Mogę ci powiedzieć na koniec tyle, że mam żonę z Torunia i moja żona mi mówi, że w Toruniu nic się nie dzieje i tak dalej, a okazuje się, że właśnie grupa Hati i tacy goście satelitarni inspirowali się Mózgiem, jeździli do Mózgu i lądują dzisiaj w Mózgu. Moja żona nigdy nie znała yassu, nie była żadną moją fanką, nic takiego. Okazuje się, że to nie tylko jest Bydgoszcz. Pamiętam, że pierwszy koncert grałem na Muszli Koncertowej, a potem szlajałem się po mieście. Twój ojciec z Wieszokiem na ławce siedzieli, jakieś browary, skrzypce, po prostu sobie gadali. Ja byłem taki uwiedziony tym klimatem, a on był autentycznie inny niż w Gdańsku. My w Gdańsku mieliśmy rewolucję robotniczą. Nie było miejsca, gdzie można było się zahaczyć, a żebyśmy my, muzycy nagle zakładali miejsce, to też by było trudne. Była ta Bydgoszcz i ona była taką soczewką, która zebrała tę północ. Zawsze był mit Gdańska, mit Trójmiasta, a tam się nic nie dzieje. No wiem – gdańska scena alternatywna – Apteka, Pancerne Rowery, ja we wszystkich tych kapelach grałem. To było takie efemeryczne – rodzice mieli kasę, byli marynarzami, a młodzieńcy grzali i grali rokendrola. No i Miłość powstała... No było to, że Tymon, ja, Olter później dołączył, wcześniej był Bartek Szmit, więc to było takie mieszane. Gdyby nie to miejsce, to myślę, że dzisiaj byśmy wszyscy nie rozmawiali, byśmy nie istnieli, bo w Polsce nie ma rynku.

Przypis bibliograficzny
Zieliński, Mikołaj i Mazzoll, Jerzy, “SOCZEWKA, KTÓRA ZEBRAŁA PÓŁNOC,” MÓZG archiwum, Dostęp 14 listopada 2019, http://archiwum.mozg.art.pl/items/show/102.
Relacje między zasobami

Zasób nie ma zdefiniowanych relacji