Przeskocz do głównej zawartości
Tytuł
ZOSTAJEMY ARTYSTAMI, ABY MIEĆ CIEKAWE ŻYCIE
Etykiety

ZOSTAJEMY ARTYSTAMI, ABY MIEĆ CIEKAWE ŻYCIE

ZOSTAJEMY ARTYSTAMI, ABY MIEĆ CIEKAWE ŻYCIE

Opis

Z Dorotą Podlaską rozmawia Mikołaj Zieliński

Tekst

,Mikołaj Zieliński: Jakie znaczenie ma dla ciebie powstanie klubu Mózg?

Dorota Podlaska: Wiesz, teraz to są tylko miłe wspomnienia, ale wtedy to miało ogromne znaczenie dla mnie, bo to były zupełnie inne czasy. Tej kultury takiej nowoczesnej, współczesnej czy sztuki współczesnej w Bydgoszczy nie było, nie było też jej zbytnio w okolicy. Jak skończyłam studia w Toruniu na Wydziale Sztuk Pięknych, to ja nie miałam pojęcia, że istnieje sztuka współczesna. Po prostu nasi wykładowcy też o nią specjalnie nie dbali ani jej nie lubili. Po prostu tylko przez osobiste kontakty byliśmy w stanie czegoś się dowiedzieć. Zresztą tak do dzisiaj jest, że żeby mieć jakikolwiek kontakt ze sztuką współczesną, to trzeba ją sobie odszukać i wziąć udział osobiście czy to w koncercie, czy w wystawie. Ponieważ było bardzo mało tych możliwości, a my wszyscy byliśmy młodzi, energiczni i spragnieni, to trzeba było sobie kulturę zrobić samemu. Jak się zaczęły Trytony i Mózg, to były w zasadzie jedyne miejsca, które oferowały taką możliwość. To nie był jakiś postkomunistyczny czy komunistyczny nudny dom kultury, to nie było skostniałe muzeum, to nie była jakaś galeria komercyjna, która sprzedawała długie spódnice z tetry, tylko to było nasze miejsce. No oczywiście dla mojego rozwoju, moich kolegów i koleżanek to miało ogromne znaczenie, że jest miejsce, w którym my możemy sobie sami coś zrobić.

M. Z.: Dla siebie i dla innych?

D. P.: Tak. Mieliśmy wtedy taką ogromną potrzebę. Pierwsze były Trytony. W Trytonach właściwie zawiązały się wszystkie późniejsze przyjaźnie. No bo kulturę i sztukę też się robi dzięki osobistym kontaktom. I tam, przez to, że ten klub powstał rękami ludzi, którzy byli zainteresowani, żeby sobie takie miejsce stworzyć, sami żeśmy to wyremontowali, to wiele osób się zaprzyjaźniło, no i potem się zaczęły różne czy to wystawy, czy to pokazy, czy bale, które żeśmy organizowali, także ten krąg się coraz bardziej powiększał, poszerzał. No a potem, jak to grupa – grupy powstają po to, żeby się pokłócić, więc wiele osób się pokłóciło ze sobą i na bazie tego powstał Mózg. Jacek i Sławek byli zainteresowani robieniem różnych rzeczy, tworzeniem tej kultury, ale już na własnych zasadach. Także można powiedzieć, że to był bardzo ważny element w kształtowaniu mnie jako osoby, która się zajęła potem już sztuką profesjonalnie, czyli zrobiła sobie z tego swój pomysł na życie.

M. Z.: Czyli w jakiś sposób to był jakiś taki przyczółek dla ciebie?

D. P.: Jak najbardziej, tak.

M. Z.: Domyślam się, że uczyłaś się tam pewnych sposobów działania. W jaki sposób wpłynęło to na twoją późniejszą działalność poza tym miejscem, poza środowiskiem? Co ci to dało? Umiejętność współpracy? Nie chcę nadmiernie sugerować...

D. P.: No, wiesz co... bo to nie było jedyne miejsce. To był element – tak jak mówisz – nauki współpracy z innymi czy rozwijania jakiejś umiejętności organizowania imprez dla innych. Mózg był ważny, ale to był tylko jeden z elementów. Drugim była Wieża Ciśnień. Kiedyś było dużo takich miejsc, które się nazywały artist-run spaces, czyli miejsca prowadzone przez artystów dla artystów, w związku z tym właśnie, że nie było tych instytucji, tak jak teraz. Jest o wiele więcej instytucji, o wiele więcej galerii, jest o wiele więcej miejsc, w których możesz prezentować swoją sztukę i w których nie ma cenzury, prawda? Kiedyś była ta cenzura, czyli te dwadzieścia, trzydzieści lat temu. W tych miejscach typu BWA czy muzeum była cenzura. Oprócz tego bardzo trudno było młodym ludziom do nich dotrzeć, ponieważ była kultura kolesiostwa, pokazywania starszych artystów, którzy już mieli dorobek i tak dalej. Młodzi ludzie nie mieli w zasadzie specjalnie szansy i artyści zaczęli tworzyć miejsca sami dla siebie. Takim miejscem, z którym ja byłam związana była Galeria Wschodnia w Łodzi. Tam właśnie jakby nastąpiła moja edukacja, dowiedziałam się tam, że istnieje sztuka współczesna, czym się zajmuje, poznaliśmy Robakowskiego, inspirując się jego twórczością zaczęliśmy robić filmy wideo, ale to już w Toruniu, już na studiach. I ten Mózg, to był po prostu kolejny taki etap dla mnie. Etap, który na całe szczęście udało mi się skończyć i nie chciałabym już do tego wrócić, czyli etap organizowania czegoś nie tylko dla siebie, ale też dla innych artystów. Organizowania wystaw, organizowania różnych tam festiwali. To było fajne, to było przyjemne, no bo dzięki temu otwieraliśmy się na świat, bo na przykład można było zaprosić artystów, prawda? Jeśli ktoś mnie interesował, artysta z jakiegoś innego miasta, to bardzo było przyjemnie zorganizować mu tutaj wystawę – czy to w Mózgu, czy w Wieży Ciśnień. To było bardzo ważne, bo dzięki temu my mieliśmy osobisty kontakt z tymi ludźmi. Przyjeżdżał ktoś i można było usiąść i przy piwku z taką osobą całą noc przegadać. To było bardzo ważne, bo tak żeśmy się nawzajem uczyli, prawda, tej sztuki, inspirowali.

M. Z.: Tak na marginesie – pamiętam, że był taki dziedziniec przy Jezuickiej, coś mi tak świta. Tam były jakieś wystawy...

D. P.: Były. Ja tam miałam wystawę, ale już naprawdę nie pamiętam czyja to była inicjatywa. Czy to była inicjatywa Miejskiego Domu Kultury... To była wystawa plenerowa z moimi tkaninami. Ale naprawdę, to było tak dawno temu... (śmiech) Także to była taka szansa, żebyśmy my nawiązali kontakty ze światem zewnętrznym. Nie trzeba było jechać do Gdańska czy do Poznania, czy do Wrocławia, tylko oni przyjeżdżali do nas na nasze zaproszenie. I to bardzo dobrze według mnie działało.

M. Z.: A czy jakieś echa tego czasu pojawiają się w tym, co teraz robisz, czy to już zupełnie coś innego?

D. P.: Wiesz co, musiałabym to przemyśleć. Obecnie się zajmuję malarstwem, ale robię też różne akcje czy tak zwane performanse partycypacyjne. Jest taki performens, w którym artysta jest gwiazdą, tak? Występuje przed publicznością i dzieli się swoją energią z innymi, a ja raczej nie mam takiego charakteru, więc organizuję takie akcje, w które angażuję publiczność i oni muszą coś zrobić. Trochę nimi manipuluję. To jest bardzo często związane z jakimś wspólnym jedzeniem, z przygotowywaniem jedzenia, ze stołem, z taką, wiesz, funkcją jedzenia, które wywołuje bardzo silne uczucia, wspomnienia. I ono – wspólne jedzenie i wspólne gotowanie angażuje ludzi, powoduje to, że się na chwilę oni łączą. Myślę, że właśnie ta wspólnotowość się rodziła w tym Mózgu, prawda? Że nam jednak było bardzo wygodnie i bardzo przyjemnie w tej grupie ludzi, którzy się nawzajem rozumieli – wcale nie jest tak łatwo o to – którzy mieli podobne zainteresowania, którzy się lubili. I to wszystko – życie towarzyskie, życie kulturalne i robienie sztuki, picie alkoholu, jedzenie – to wszystko się mieszało ze sobą. I teraz mi się przypomina, że ja jeździłam na takie sympozja do Włoch. To było w Montescaglioso, na południu w takiej dzielnicy Basilicata. Ona jest bardzo biedna, tam nic nie ma. To jest chyba w ogóle najbiedniejszy region we Włoszech i w związku z tym właśnie nie ma tam instytucji sztuki. Tam przez kilka lat odbywały się takie warsztaty ze sztuki społecznej dla młodych artystów i dla studentów. Ja byłam już trochę starsza, więc ja je prowadziłam. Z ośmiu krajów europejskich przyjeżdżali wykładowcy i studenci, dobieraliśmy się w grupy i każda grupa pracowała nad jakimś projektem. Dwa pierwsze z nich poświęcone były właśnie jedzeniu, sztuce związanej z konsumpcją czy właśnie z taką wspólnotowością. Byłam tam z Anią Witkowską i Adamem Witkowskim i myśmy tam zrobili dla tych Włochów, inspirowaną bankietem z Mózgu, taką kolację. Teraz mi się przypomina, że to była taka bezpośrednia inspiracja dla moich dalszych działań.

M. Z.: Rozumiem. Chciałem cię też zapytać o ten mural, który widnieje przed Mózgiem. Czasami ludzie na niego patrzą i nawet nie wiedzą kto go stworzył. Czy możesz coś więcej powiedzieć na jego temat lub na temat tego skąd się wzięła jego koncepcja?

D. P.: Kompletnie tego nie pamiętam. Ta propozycja wyszła od Sławka. Jakoś powstała taka możliwość... To było wynikiem jakiegoś nieporozumienia, nie chcę się teraz wgłębiać w jego szczegóły. W każdym razie ja opracowałam ten projekt. Założenie było takie, żeby było to jakby przeniesienie mojego malarstwa, a ja maluję bardzo małe obrazeczki, tak? Mają tam dwadzieścia-trzydzieści centymetrów najwyżej po bokach, maluję miniatury. I nie było to dla mnie łatwe, prawda? Najpierw dostałam ogromną ścianę, no i jakoś trzeba było ją rozpropagować, ale też Sławek chciał, żeby to było związane z miastem, z Bydgoszczą. No i ponieważ ja już mam za sobą malowanie takich obrazów, jak właśnie ludzi stojących na przystankach, to chyba taką moją pierwszą inspiracją, myśląc o Bydgoszczy, to jest stanie i czekanie na przystanku. Teraz mieszkam w Warszawie – nie stoi się, bo komunikacja jest tak dobrze zorganizowana, że naprawdę bardzo rzadko się stoi i czeka na przystanku. Stajesz i zaraz przyjeżdża autobus czy tramwaj albo masz wiele możliwości, a w Bydgoszczy całe życie się tak stoi i czeka na te tramwaje. I w ogóle w Bydgoszczy się tak stoi i tak na coś się czeka. A więc to było dla mnie inspiracją... ale na pewno był jakiś tekst, jakiś opis dlaczego ten mural powstał i skąd ta inspiracja. Przypomnę go sobie, jak wrócę do domu. Te postaci ja już maluję od 2002 roku. One tworzą taką instalację z takich ludzików wyciętych z metalu. Nawet ją teraz pokazywałam latem w Fordonie w Synagodze. To jest zbiór takich jakby płaskich kukiełek wyciętych z blachy. Teraz robiłam z dziećmi dwutygodniowe warsztaty z animacji poklatkowej, gdzie były wykorzystywane te postaci, ale były one też kanwą tego muralu. No i udało się to, bo mam takie postaci, które są na tyle duże, że nie trzeba było zamalowywać całej tej ściany. To jest jakieś sześćset metrów kwadratowych chyba. Było mało pieniędzy, więc... (śmiech) ...najmniejszym kosztem, jak się dało zrobiliśmy ten mural. Ale to wspaniałe, bo ja bym bardzo chciała robić murale, ponieważ można zrobić duże dzieło sztuki i nie mieć potem kłopotu z przechowywaniem tego, tak? Jestem bardzo ciekawa, bo dawno nie byłam w Mózgu, już tam posmarowali coś na tym?

M. Z.: No właśnie nie. Nawet jeśli coś jest małego nabazgranego, to wobec całości jest to nieistotne. Cały czas się broni i to jest fajne. Dlatego o to pytam, bo wiele osób – starszych czy młodszych – cały czas z tym obcuje nawet nie mając do końca świadomości tego.

D. P.: No to chyba fajnie, że jest jakaś taka zagadka. Wydaje mi się, że to wynika z tego, że Sławek Janicki miał taki pomysł, żeby to podwórko było dziełem sztuki. A też chyba ten mural Warasa, który był po przeciwnej stronie bardzo długo i się zniszczył, postanowili zamalować i chyba chcieli coś mieć na to miejsce, natomiast mi się bardzo nie podobała ta ściana, gdzie był ten Waras, bo ona jest zbyt taka bałaganiarska, jak dla mnie. Nie umiałabym sobie z nią poradzić i pojawiła się szansa, że można coś zrobić na tej czystej ogromnej ścianie od strony drukarni, no to bardzo chętnie się na to zgodziłam. Wiesz, powoli tak mi to wszystko przychodzi do głowy i chciałam powiedzieć, że chyba najważniejszą rzeczą, jaką ja wyniosłam z Mózgu, to są przyjaźnie, które tam powstały, które przetrwały do dziś. No, niestety nie przetrwała przyjaźń z Jackiem Majewskim, ponieważ jego już nie ma wśród nas, ale osobą, która jest dla mnie do dzisiaj ważna i myślę, że nawzajem żeśmy się nspirowały te dziesięć czy piętnaście lat temu, to była Ela Jabłońska. Ja pamiętam zresztą jak Ela przyjechała z Olsztyna do Bydgoszczy, brała udział w wystawie w Muzeum Wyczółkowskiego i miała do wyboru – albo zostać dłużej w Mózgu, albo wrócić pociągiem do Olsztyna i zapytała mnie co ja uważam, czy ona powinna zostać w tym Mózgu, a ja mówię: "Oczywiście, zostań, to będzie fantastyczna zabawa", no i tak została na dłużej. Po drugie Mózg był chyba taką utopią łączenia się sztuk, bo okazuje się, że wcale to nie jest takie częste, żeby muzycy interesowali się sztukami wizualnymi i odwrotnie. Nie mamy ze sobą kontaktów zbyt wielu, teraz to obserwuję w Warszawie. Teraz, kiedy jestem jakby wyobcowana z tego środowiska tutaj w Bydgoszczy, że właśnie tych kontaktów brak, że nie znamy na przykład w ogóle aktorów i tak dalej. A w Mózgu i w Trytonach mieszały się te plemiona. Nawet jeżeli się nie mieszały przy okazji wystaw czy jakichś przedstawień, to mieszały się przy okazji wypitki, tak? Przy barze. I to było bardzo fajne, to było bardzo takie... no, ciekawe! Zostajemy artystami – po co? Po to, żeby mieć ciekawe życie, tak? Nie ma innego powodu. Nie ma z tego pieniędzy, nie ma z tego szacunku, nie ma z tego nic oprócz tego, że właśnie moje życie jest ciekawe, tak? Że nie jestem panią, która się nudzi gdzieś tam za biurkiem. Także to był według mnie bardzo ważny element w rozwoju nas wszystkich.

M. Z.: Mhm... natomiast według ciebie w Warszawie nie ma takiej możliwości, z racji... nie wiem... przestrzeni?

D. P.: Tak. Jest większa przestrzeń, jest duże rozproszenie. Właśnie te środowiska, przez to, że jest większa ilość artystów, przychodzą na wernisaże i spotykają się głównie w swoim gronie. Jest większa ilość muzyków – też spotykają się w swoim gronie i nie potrzebują innych. Tak jak tutaj jest małe środowisko i ta potrzeba kontaktów w ten sposób, dzięki temu, że ten Mózg istniał, była jakoś tam zaspokajana. Ja pamiętam jakieś fantastyczne opowieści... Taki był aktor teatralny z Bydgoszczy, nie pamiętam nazwiska... Na Gie się nazywał, on już nie żyje, ten człowiek. Jakim on był opowiadaczem historii, słuchaj! Jak jego się chciało słuchać! Miał fantastyczne anegdoty i bardzo chętnie się go słuchało...

M. Z.: Właśnie myślę o tym środowisku warszawskim czasami, z racji tego, że w ciągu ostatnich dwóch-trzech lat nastąpiła dosyć duża transplantacja towarzystwa z punktu bydgoskiego do warszawskiego. Właściwie chyba najwięcej moich znajomych tam pojechało. Właściwie czasami słyszę pytanie: "Kiedy przeprowadzasz się do Warszawy?". Nie – "czy?" tylko "kiedy?", tak jakby dla każdego wydawałoby się oczywistym, że tam prowadzi droga. Natomiast w moim przypadku nie jest to takie oczywiste, ale mniejsza o to. Wracając – nie wiem czy to rozproszenie jest korzystne. Masz jakąś perspektywę – czy to działa negatywnie na kreatywność?

D. P.: Nie, absolutnie nie działa to negatywnie na kreatywność, ale chciałam powiedzieć, że nie ma kontaktów między artystami, którzy się zajmują różnymi dziedzinami sztuki. Nie ma takiego miejsca, które jednoczy ludzi i to jest bardzo ważne. Takim miejscem był tutaj Mózg. I potem w Warszawie, jak się przeniosłam, byłam tam bardzo długo nieszczęśliwa i źle się tam czułam, dopóki sobie nie znalazłam właśnie odpowiednika Mózgu, czyli miejsca, w którym spotykali się ludzie i zaprzyjaźniali ze sobą z różnych środowisk, bo ja sobie bardzo cenię, że moi przyjaciele dziś, to nie są sami artyści, bo artyści są wszyscy popierdoleńcami (śmiech). Tylko to są ludzie z różnych zawodów i mają różne sposoby patrzenia na świat, na rzeczywistość i ja ich poznałam wszystkich na stadionie, na wietnamskim targowisku, gdzie co niedziela spotykaliśmy się na wietnamskiej zupce. To przez wiele lat stanowiło właśnie taką jakby świetlicę naszą, taki Mózg. Tam się wszyscy spotykali, naprawdę poznałam tam superfajnych, ciekawych ludzi. Teraz tego mi brakuje, że takiego miejsca nie ma.

M. Z.: Czyli to już nie funkcjonuje?

D. P.: Nie, bo to targowisko wietnamskie zostało zlikwidowane, jak zaczęto budować Stadion Narodowy. To było chyba w 2010 roku. Teraz nie ma tam nic. Teraz nie mam takiego odpowiednika, żeby była przestrzeń do zrobienia czegokolwiek.

M. Z.: Jesteś kolejną osobą, która mówi o tym, że pojawiają się efemeryczne przestrzenie, miejsca, które na chwilę skupiają ludzi, a za chwilę już jest inaczej i wszyscy się gdzieś przenoszą.

D. P.: Tak, w tej chwili nie ma właśnie takich galerii niezależnych, które by miały swoją siedzibę, tylko takie pop-upy, które się pojawiają i znikają. To wynika chyba z tego, że po prostu nie ma pieniędzy, nie ma woli w mieście. Nie wiem jak jest tutaj, ale w Warszawie jest mnóstwo pustostanów, które można by zaadaptować, ale polityka miasta jest taka, że jest czynsz bardzo wysoki i nic tam się nie dzieje, prawda? Nie rozumiem dlaczego lepiej, żeby stało puste niż żeby tam się odbywały jakieś fiki-miki, no ale tak jest.

M. Z.: No tak. Powiedz jeszcze jakie masz plany na najbliższy czas? Jedziesz na koniec świata?

D. P.: (śmiech) Wróciłam właśnie z końca świata. Byłam w Wietnamie. Tam byłam tylko turystycznie, ale niedługo będę wydawać książkę. Drukiem ukaże się książka, nad którą pracowałam od wielu lat i która została zainspirowana przez sklepiki z wietnamskim jedzeniem na stadionie. Tam pracowało mnóstwo Wietnamczyków i dla nich powstały sklepy z ich żywnością. Każdy Polak, który wchodził, zadawał pytanie: "Co to jest?", no bo nie wiadomo, prawda? Opis po wietnamsku, nie wiadomo co jest w środku. Nieznane warzywo, nieznany owoc i tak dalej. No i ci Wietnamczycy nie potrafili na to odpowiedzieć. Raz, że nie znali polskiego, a prócz tego nie wiedzieli jak nazwać coś, prawda? A mieli różnorodne zioła, kapusty, warzywa, cuda-niewidy. No i ja najpierw chciałam zrobić taką instalację, taką jakby inwentaryzację takiego sklepiku i opisać każdy z tych produktów, żeby właśnie klientom polskim było łatwiej odszukać czy żeby wiedzieli, że to smażyć, to gotować, a to na parze czy coś tam. I ktoś powiedział: "A to napiszcie książkę o tym". No i w trójkę, z przyjacielem Wietnamczykiem, który zrobił tekst i z Polakiem, który zrobił zdjęcia będziemy w końcu wydawali książkę o wszystkich produktach, które chcieliście kupić w wietnamskich sklepikach, ale baliście się zapytać. I to będzie taki jakby leksykon tych produktów spożywczych, ale też historia stadionu, historie emigrantów wietnamskich, którzy mieszkają w Warszawie i też przepisy kulinarne.

M. Z.: Czyli taka kompilacja całości kulturowej na bazie jedzenia?

D. P.: Tak. Długo to wszystko trwało, nie mogliśmy znaleźć wydawcy, potem wydawca zażądał poprawek, poprawki też trwały kilka lat. I dobrze się stało. Myśmy tak rozpaczali, że nie jesteśmy w stanie wydać tej książki, ale dobrze się stało, bo nagle się to zrobiło bardzo modne. Modne jest jedzenie, modne jest kucharzenie, modne są przepisy, egzotyczne składniki. Te składniki są coraz bardziej dostępne w sklepach. W Biedronce można kupić trawę cytrynową i mleko kokosowe i tak dalej, także wydaje mi się, że to będzie akurat dobry moment i teraz trwają ostatnie prace nad tą książką i jej premiera będzie 30 stycznia.

Ja się nie zajmuje tylko malarstwem. Jestem taką osobą, która po prostu uważa, że najważniejsza jest treść, więc jeżeli ktoś mnie zaprasza do jakiejś wystawy albo mam jakiś pomysł, to staram się dobrać forma, sposób wykonania najlepiej do tej treści. Raz to będzie malowanie, raz to będzie jakaś akcja z publicznością, raz to będzie książka, raz to będą fotografie, także nie ograniczam się do jednej dziedziny. Gdybym się ograniczyła, to bym po prostu umarła z nudów. Drugi element, który jest mi bardzo potrzebny, to jest kontakt z ludźmi. Właśnie to w tym Mózgu było, że był ten kontakt z ludźmi. Teraz bardzo rzadko tam przychodzę, bo są sami młodzi. Trochę mi jest głupio. W Warszawie są takie miejsca, gdzie nie ma tego ageizmu (śmiech).

M. Z.: Mi się wydaje, że jednak nie jest tak, że są jakieś próby łączenia tych pokoleń. To jest twoje wrażenie, natomiast ja mam nadzieję, że ten mit rzekomego ageizmu w Mózgu zostanie obalony.

D. P.: Jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałam powiedzieć. W Mózgu miałam wystawę, od czasu której już wiedziałam co mam dalej robić w sztuce. Ponieważ ja przez dziesięć lat po zakończeniu studiów szukałam jakby tak jakoś po omacku i nie wiedziałam czym się mam zajmować – czy mam malować duże abstrakcyjne obrazy, czy mam robić tkaniny. No i tak robiłam różne rzeczy, bo jestem bardzo aktywną osobą i bardzo taką twórczą, ale nie miałam własnej swojej takiej trogi, do momentu, kiedy musiałam pójść do pracy. Zostałam zmuszona po prostu przez brak pieniędzy do takiej normalnej pracy, czyli etat, osiem godzin, wstawanie, codziennie te same twarze, codziennie te same problemy. To mnie wykończyło psychicznie totalnie, bo to nie był mój świat i ja zaczęłam wówczas malować takie małe obrazki na zasadzie pamiętnika, ale też wypuszczania frustracji z siebie, takiej psychoterapii. Namalowałam serię obrazków, które dotyczyły mojego miejsca pracy, jakichś trudności w kontaktach z ludźmi, różnych emocji i zdecydowałam się odejść z tamtego miejsca. W tym samym dniu, w którym odeszłam z pracy otworzyła się ta wystawa w Mózgu. To był totalny triumf, ja byłam bardzo szczęśliwa, że skończyłam ten etap i zaprosiłam kolegów z pracy, którzy byli w nieprzyjemny, złośliwy sposób przedstawieni na tych obrazkach i bardzo się bałam, że oni się w nich rozpoznają. Okazało się, że nie, że wszyscy mamy tak zupełnie inne wyobrażenie o sobie, że nikt się na mnie nie obraził, nikt się w tych obrazkach nie rozpoznał. Mało tego, tam były również różne wątki miłosne, bo wtedy byłam młodsza i się przeżywało te różne emocje i podszedł do mnie jakiś mężczyzna i mówi: "Ty namalowałaś o mnie te obrazy", a ja na to: "Jak to? Przecież to jest o kobiecie, to jest o mnie! To jest wszystko namalowane, wszystko widać, baba w spódnicy", i tak dalej. "Nie, nie, bo to są właśnie te wszystkie moje uczucia i przeżycia". I wtedy sobie uświadomiłam, że tak naprawdę nasze losy są identyczne, że każdy przeżywa to samo, każdy nie lubi swojego szefa, kążdy się nieszczęśliwie zakochuje. Czy jesteśmy mężczyzną, czy kobietą, mamy bardzo podobne, takie uniwersalne przygody w życiu. I też nawet wtedy nie uważałam, że to jest sztuka, tak? Uważałam, że to są jakieś takie moje pamiętnikowe wypociny. Dopiero jak jakiś wielki artysta to zobaczył, dokładnie Jarosław Kozłowski, to on mnie upewnił w tym, że to jest bardzo dobre co robię, że powinnam dalej iść tą drogą, no i wtedy zrozumiałam, że żeby robić dobrą sztukę, to ona musi być jak najbliżej mnie. Po prostu jeżeli to dotyczy czegoś, co ja przeżyłam, to jest to na tyle szczere i autentyczne, że jest w stanie też przekonać inne osoby.

M. Z.: Podpisuję się obiema rękoma, nogami i głową pod tym...

D. P.: (Śmiech) ...ale też taki był chyba duch, bo na tej samej zasadzie tworzyła obrazy Szkoła Bydgoska, prawda? To też było blisko ich, blisko człowieka. To dotyczyło takich małych spraw, a jednak te małe sprawy są na tyle uniwersalne, że wszystkich to chwytało za serce. To też był duch takiego bydgoskiego mieszczaństwa, no bo powiedzmy sobie szczerze, że jest to mieszczańskie miasto, było i to w jakiś sposób nas wszystkich ukształtowało. Nie wiem czy wiesz, że ludzie w Bydgoszczy zawsze mają jakiś dywan, jakąś palmę, te mieszkania są trochę takie zagracone, takie właśnie trochę mieszczańskie. W Łodzi na przykład wszyscy mają jedną ścianę odkutą, żeby było widać cegły, jest to takie właśnie postindustrialne. Także to taki duch mieszczańskości tutaj gdzieś fruwa i trochę na nas wpływa. Nie mówię, że to jest złe, bo też jest w tym dużo ciepła, dużo takiego kiczu, który też jest ciepły, bo pomaga nam przetrwać złe chwile, jest trochę taki pocieszający. Ta wystawa, o której mówiłam, o ile dobrze pamiętam miała tytuł "Listy". Wtedy zrozumiałam, że namalowanie każdego obrazu, to jest jakby list do innych, tylko że ja się nie potrafię wypowiedzieć, mówiąc czy pisząc, a nawet bym się może wstydziła w taki sposób bezpośredni wyrażać swoje uczucia, a jeżeli to namaluję, to zawszę się posługuję jakąś metaforą i każdy z widzów to sobie sam odczyta. No i też to jest ogromna frajda dla artysty, jeżeli widz jakoś odpowiada na ten list.

Przypis bibliograficzny
Zieliński, Mikołaj i Podlaska, Dorota, “ZOSTAJEMY ARTYSTAMI, ABY MIEĆ CIEKAWE ŻYCIE,” MÓZG archiwum, Dostęp 3 czerwca 2020, http://archiwum.mozg.art.pl/items/show/184.
Relacje między zasobami

Zasób nie ma zdefiniowanych relacji