Przeskocz do głównej zawartości
Data
Tytuł
MOCNE WBICIE PALA
Etykiety

MOCNE WBICIE PALA

MOCNE WBICIE PALA
Krzysztof Gruse, kadr z autorskiego filmu  (fot. Gruse, Krzysztof)

Opis

Z Krzysztofem Gruse rozmawia Mikołaj Zieliński

Tekst

Krzysztof Gruse: (...) Namawiam co najmniej od jakiegoś czasu ludzi, żeby po prostu wyjechali gdzieś i się zgubili, bo nam się wydaje, że to już wszystko jakby jest pozałatwiane, a tu okazuje się, że za grosze można egzystencjalnie, przy niewielkich kosztach... No bo przecież nagarną ci trochę kamieni miejscowi, zbudują ci taką altankę, rozumiesz. Znajdziesz sobie tam trochę owoców, przyniesiesz trochę żarcia i w zasadzie już wtedy czas stoi. Już jest stop. Już wszystko zależy od twoich wewnętrznych nastrojów.

Mikołaj Zieliński: Ja to tak naprawdę usłyszałem jeszcze zanim weszliśmy tutaj, gdzie się znajdujemy, a właściwie w momencie wchodzenia, z racji tego, że powiedziałeś o drzwiach z napisem „szczęście”, co jest dosyć wymowne dla mnie i to wystarczy za wiele rzeczy, spraw.

K. G.: Ty musisz być gotowy. Nie to, że tam coś, tylko czy ty jesteś gotowy? To jest ta sytuacja, gdzie twoje odchodzenie od pewnych rzeczy sprawia, że nie będziesz miał z tego powodu jakiegoś głaskania po głowie. Chcesz albo nie chcesz. To nie jest na zasadzie zabawy w filozofię albo coś tego typu, że będziesz produkował jakieś skarby i przywoził je do Europy. Też tacy są, ale to się pojawia w pewnym wieku, bo młodzi zazwyczaj są w kontestacji czegoś, ale w pewnym wieku nie masz już tej potrzeby kontestowania, więc rozgrywasz to pomiędzy małymi zjawiskami, które ciebie dotyczą i w zasadzie znasz tę stację końcową, że ona tam gdzieś już jest niedaleko. Te dziesięć-dwadzieścia lat, to jest rzeczywiście niedużo. Możesz na tej bazie pionowo zacząć odbierać świat, że on tu jest cały czas z tobą i już nie będzie żadnych informacji innych oprócz tych, które sobie rano zrobisz, po poludniu je skonsumujesz, a wieczorem je prześpisz, wstaniesz i na nowo. To jest jakby takie powtórne przeżycie absolutu. Tam gdzie się te mocne ciężary ulokowały, w sensie: bóg i człowiek, tam nie było rozrywki, że my, jako ludzie, będziemy rządzić światem. Te kolebki mocno się wykrystalizowały. Teatr grecki i to wszystko co tam było, to nie było tak, że oni tam jakąś codzienność sprzedawali czy odgrywali, co robiła dzisiaj sprzątaczka albo co robił pan biznesmen ten lub tamten. To było zadawanie mocnych pytań w maskach, żeby w ogóle nie było żadnej psychologii i była góra, do której się zwracali. To wówczas było mocne – czyli my musimy to oddać tak jakby w powietrze, wykrzyczeć i dalej żyć. Nie było tego tak, jak teraz, że są jakieś takie problemy typu... To znaczy podejrzewamy, bo my w ogóle nie znamy teatru greckiego do końca – to są adaptacje tych chórów i tych wszystkich funkcji, ale można jakieś echa gdzieś tam spotkać, w takich przestrzeniach, gdzie istnieje ciśnienie mocne, egzystencjalne. Pełni to bardzo fajną rolę – taka ubogość od podstaw tworzy taki silny pragmatyzm, który ma drugą stronę silnego odbicia w myślenie pionowe. Nie oddajesz tego tutaj, tak od razu, gdzieś tam. Nie odbywa się jakaś plotka „ten, a tamten”, tylko wyrocznia, jakieś sygnały, jakiś rodzaj skargi – tego typu komunikaty. Wszystkie takie pieśni czy tego typu mocne rzeczy właściwie nie były po to, żebyś ty mi przyszedł w czymś pomóc, tylko to był taki komin. Mówię o tym dlatego, że u nas jest głównie kultura płaszczyznowa. Wszystko tak leci połączone krótkimi wektorami: coś do kogoś i szybka odpowiedź, nie? A jak nie ma odpowiedzi, to w ogóle jakiś błąd zaistniał – a właśnie nie, właśnie odwrotnie.

M. Z.: Wiesz, ja znajduję się na przecięciu pewnych spraw i wiem, że jestem często starszy niż bym chciał na przykład...

K. G.: A skąd wiesz?

M. Z.: Hmm... Czuję, wiem... Nie wiem – intuicyjnie.

K. G.: Ale chodzi ci o tą przymiarkę, że jakby ze swoją generacją odczuwasz ten swój wiek?

M. Z.: Właśnie ja go nie odczuwam z żadną generacją, właśnie o to chodzi.

K. G.: Ale nazwałeś to odczucie – starszym, więc coś jest na rzeczy.

M. Z.: Starszym przez wiedzę o innych generacjach – różnych generacjach.

K. G.: Czyli do tej współmiernej generacji to czujesz?

M. Z.: Trochę tak jest. Staram się to jakoś szeregować.

K. G.: A nie jest to rodzaj czegoś takiego, że wolisz być zdystansowany? Jakby przez samotność to bierzesz, a nie przez współdźwięk od razu, taki rezonansowy? Jakby nie rezonujesz od razu z nikim, tylko budujesz sygnał wewnętrzny i jakby go oddajesz i w związku z tym ta obcość powoduje, że ty się czujesz... nie tyle może starszy, a czujesz się nie w tym czasie, który rezonuje natychmiast? Nie wiem jakby to powiedzieć...

M. Z.: Może tak.

K. G.: Z mojego doświadczenia wynika, że wszystko czego ja się dowiedziałem czy jakby gdzieś tam dostałem, to raczej się jakby dowiadywałem post factum. Nie, że ja to wywoływałem, tylko to były takie spóźnione...

M. Z.: ...Niestety rozumiem. Wolałbym nie rozumieć. Naprawdę. Tak zwane stare nowości.

K. G.: (śmiech)

M. Z.: To właściwie chyba Amerykanie wymyślili „old news” (śmiech).

K. G.: Tak, bo my sobie właśnie uzurpujemy taki moment, gdzie... A w dupie tam – „my”! Rozmawiajmy o sobie! Zadawaj pytania. Co masz za pytanie, powiedz? Bo ja nie mam odpowiedzi, a ty masz pytanie.

M. Z.: Pytanie, które zwykle zadaję, brzmi mniej więcej tak: jakie znaczenie ma dla ciebie klub Mózg?

K. G.: Teraz? Jakie miał? Jakie ma? Ja wiem, o co ci chodzi, że w ogóle tu jest budowane takie rusztowanie; że ludzie opowiadają, jakie dla nich miał znaczenie Mózg czy jakie ma znaczenie, czy jak oni to przeżyli, bo my mamy taką sytuację historyczności już, bo to jest prawie dwadzieścia pięć lat, więc mamy już taką możliwość skonsumowania takiego czegoś nieżyczeniowego, tylko już faktycznie można zobaczyć, czy tam ktoś jest, w tym ogrodzie, który ma już ponad dwadzieścia lat i można zobaczyć czy tam rosną gdzieś ogórki, czy tam wiszą trzy gruszki – co tam się w ogóle stało. Można to z tej perspektywy zobaczyć, a można zobaczyć z takiej perspektywy wewnętrznej, tak jakby się myślami odkręcasz, idziesz jeszcze raz i wspominasz ten czas, nie? Ale możesz też tak surowo powiedzieć, jak to teraz esencjonalnie widzisz.

M. Z.: Lepiej by było.

K. G.: Też mi się wydaje, że to by było jakoś tak uczciwiej, żeby nie wchodzić w takie emocje, które były...

M. Z.: Nie bądźmy sentymentalni.

K. G.: Właśnie. No więc ja, jakby ktoś mnie przepytywał, to oczywiście każdego wieczoru opowiem inną historię...

M. Z.: Jakby ktoś inny w jakimś innym potencjalnym świecie siedział teraz tutaj przed tobą?

K. G.: Trochę tak. Nie mam tutaj takiego wypełnionego formularza, w którym to wypisałem i teraz to będę powtarzał, więc za każdym razem będę sobie pewnie to jakoś inaczej formułował. Jednocześnie trzech rzeczy jestem pewien w stosunku do Mózgu. To znaczy, że rdzeniem, który... no, zawsze Sławek mówi, że jakby nie było ludzi, to by nie było tego miejsca – to jest wiadome, ale jednak jakby nie było Sławka, to by nie było tego utrzymania, według mnie. To znaczy my nie wiemy jakby było, ale w tej chwili jestem pewien, że ten rdzeń on stanowi, poprzez tą jego fizyczność, czyli – trzeba było być mocnym fizycznie, trzeba było parę rzeczy wiedzieć o tym, co się dzieje na zewnątrz, czyli mieć taki dystans do miejsca, w którym się to zakłada, tę kolonię, to schronisko. Ileś funkcji tam tego było i trzeba było mieć taki przeciąg w głowie, który zakłada, że – „róbmy”, nie definiujmy do końca, tylko róbmy. I te trzy elementy się składają na to, że właściwie ileś rzeczy, które się wydarzyły tutaj, przeszły przez fantasmagorie, czyli jakby przez ten element, gdzie wydaje się, że tak ma być, że to tak jest, a odmiana, która wyszła, jest i tak inna; czyli że ludzie, którzy to robili, mieli takie różne wyobrażenia, o tym co się tam gdzieś dzieje. Robili to częściowo nie wiedząc tak dokładnie, bo nie było dużo ludzi, którzy spędzili 10 lat na Zachodzie, wrócili i powiedzieli: „to tak by było lepiej” albo „tak by było gorzej”, tylko były jakieś takie poświaty. A w tych poświatach, tworząc taką rzeczywistość trochę wyimaginowaną, powstawały jeszcze inne zjawiska, które byłyby jeden do jednego przeniesione z Zachodu czy dzieś z kultur alternatywnych, które by już podobne miejsca tworzyły. Czyli Mózg w ten sposób ma takie miejsce wyjątkowe, tę fantasmagorię takiego miejsca, gdzie „róbmy coś tam, coś, coś, coś, grajmy to!”. potem się tworzy taka odmiana, która jest trochę inna, ona się jakby nie nakłada zupełnie. Z tego się urywa, powiedzmy, ileś ludzi, którzy umieją to zdefiniować i umieją to wykorzystać, żeby już na tym materiale gotowym coś zrobić. A reszta to jest takie towarzystwo, które się wspaniale schroniło, które przebywało w piżamach albo na golasa, jakby miało takie dobre schronisko i to jest ewidentne, że to miejsce miało taką funkcję. Ona się powoli jakby kończy, bo ta ogólna historia: „co jest na zewnątrz, a co tutaj jest”, już się przelała ileś razy. Ludzie sobie wiele rzeczy pooglądali, zwiedzili, byli i tak dalej. Wtedy było jeszcze z pewnym przymknięciem i pewnym niedosytem to wszystko robione... ale to jest szczegół, to nie jest takie ważne. Ważniejsze jest to właściwie, że Sławek potrafił tak przeciągnąć tę sytuację. Przeciągnąć w sensie, że nie był ograniczony żadną chytrą spekulacją typu: „to jest na chwilę, to się może udać, to się nie może udać”. Po prostu tak zbudował osadę. To jest takie, wiesz, mocne wbicie pala. Osadnik, który wbija pal i robi, a ta odpowiedź przychodzi po jakimś czasie. Ja uważam, że gdybym miał mówić o tym Mózgu zamiast mówić o tych ludziach, to mówiłbym najpierw, że ktoś powinien dokładnie jego pozycję, jego rolę tutaj zauważyć, a potem oczywiście my... Malarze to jest zupełnie inna historia...

M. Z.: Właśnie o to też chciałem cię zapytać, bo opowiadasz o klubie...

K. G.: ...Tak, tak, bo wiesz, ja też byłem taki dochodzący, ale na takiej zasadzie, że widziałem tę zbiorowość, która miała taką okazję...

M. Z.: ...Ona też się zdarza nadal...

K. G.: ...Ona też się zdarza nadal... ale my jako malarze czyli ja, Zbychu, Stachu – nasze dojście do Mózgu było inne dlatego, że muzycy mieli w tym jakąś inną historię, inny związek grupowy, zawsze związani z jakąś sytuacją techniczną, organizacyjną znacznie szerszą i to miejsce na pewno im pozwalało eksplorować te...

M. Z.: Może dlatego, że po prostu malarze się tak dobrze nie organizują?

K. G.: Nie. Malarze z gruntu rzeczy pracują w samotności. To znaczy, że nie dochodzą do grupy, żeby malować wspólnie na przykład – to są tylko jakieś tam epizody. Malarz jak przychodzi później do jakiegoś klubu, to on sobie może oczywiście intelektualnie wszystkie rzeczy zrobić. Sławek zawsze mówił: „to róbcie tu, wieszajcie”, ale malarz to inaczej widzi, bo zapach klubu to nie jest jego zapach do końca, rozumiesz? On wychodzi z pracowni i dochodzi tam, nie? On tam może różne rzeczy spijać i być, posłuchać muzyki i tak dalej, ale w zasadzie wraca do pracowni i tam jest po prostu sprawa ewidentnie inna. Oczywiście robiliśmy tam wystawy, jakieś akcje, to wszystko tam było, ale to jest jednak zawsze jakaś piwniczna sprawa. Jest ciemno. To nie jest malarskie środowisko. My żeśmy nie byli, jako malarze, tak, wiesz – wklejeni. My żeśmy tak paralelnie nigdy się nie mogli zrozumieć. Zresztą ja do tego nie dążyłem, żeby się rozumieć, bo to są jednak dwa zjawiska. I tak dobrze ze Sławkiem jest, że on tak te zjawiska łączył. Sami do tego nawiązywaliśmy w tych swoich dyskusjach rodem ze szkoły nowojorskiej, że te zjawiska gdzieś się zazębiają...

M. Z.: ...Ja się nie znam na malarstwie, wiesz...

K. G.: Właśnie nie. My uważamy, że malarze się znają na muzyce i muzycy na malarstwie, tylko nie wiedzą o tym. My byliśmy w innej sytuacji niż muzycy i klub, mimo tego, że w pewnym momencie się mocniej otwierał na te sprawy, to nigdy nie mógł być takim czymś jak to zjawisko, gdy Warhol robił taką stodołę z artystami. To jest coś innego, to nie jest ten typ, więc my też nie byliśmy w takiej typologii, że to jest galeria czy miejsce, które my będziemy mocno eksploatować. My szukaliśmy np. zakładów fryzjerskich. Zadupia, po których myśmy się szwendali, to dla nas było miasto strukturalnie ciekawe, a Mózg był takim akumulatorem, gdzie się przychodziło, spotykało tych ludzi, gdzie można było po osiem godzin sobie pogadać. Poza tym było to miejsce stosunkowo delikatne. Delikatne w tym sensie, że tam były sadzone takie kwiaty, które potrzebowały tej delikatności. Ci ludzie, nie idący w takich skrótowych komunikatach, mieli tam przestrzeń, w której się siedziało w piżamach i się rozmawiało z innym poczuciem czasu. I to trochę tak wypierało tych, którzy na chwilę wpadali i się nadziewali na tych gości, którzy byli w środku jakiejś książki i trzy godziny o tym rozmawiali. Nie mieli się jak w to wpiąć i to było fajne. Mi się to podobało – ten inny przedział czasu. Trochę jakbyś przechodził przez taką ścianę i tutaj leży na tapczanie babcia z nami, ktoś podaje herbatę ziołową i w tej chwili ktoś w ogóle zasnął. Więc tego typu knajp nie było, a nawet miejsc takich nie było. W takim szerokim poczuciu sadu, gdzie różne szczegóły grają rolę, a nie jest to taka ustawiona sytuacja, gdzie tylko koncert, tu i sru. Tam można było siąść i zamiast migających ekranów mogłeś sobie popatrzeć przez dwie godziny na piękną dziewczynę, która piła na przeciwko ciebie piwo, nie? Mogłeś siedzieć sam po prostu. To była fajna sklejka, a wszystkiego właściwie pilnował Sławek i oczywiscie Jacek (Majewski) dopoki byl z nami. W sensie, że oni oboje posiadali jeszcze taką moc fizyczną, bo jakby przyszły tam same kwiaty, to prawdopodobnie byłyby za słabe, żeby to miejsce uchronić. Sławek ma dwufunkcyjną naturę, to znaczy potrafi coś tak po prostu zagospodarować, ma tę umiejętność stania za tym, bo jednak to trzeba było zaorać rano, zrobić to czy tamto i właściwie nikt z nas nie miał do tego takiej ochoty. Wcale nie było tak dużo chętnych ludzi. Niektórzy by mogli tam sobie popluć na niego, że robi jakieś interesy czy coś, ale to jest gówno prawda. To był taki minimalny interes tego, który kręci tym żarnem i to jest absolutnie jego zasługa. Ja to mówię z perspektywy czasu ze świadomością tego, że się cieszę, że powstał taki układ matematyczny. My jako malarze mogliśmy korzystać z tego w taki sposób, że malarz wychodził z pracowni do takiej budy, w której mógł odparować, mógł przegadać coś, trochę nawet coś pokazać. Przecież tam nie przychodzili marszandzi, to nie był Paryż. To jest mała miejscowość i nie było tego zjazdu. Jednak jest pewna utopijność cały czas w to wpisana, nie?

M. Z.: Tak naprawdę chciałem cię głównie zapytać o coś innego. Sławek powiedział mi coś takiego, że siedzieliście sobie w Kozielcu i powiedziałeś, że macie zejść na ziemię. I zeszliście na ziemię – ok. To już się stało. Teraz rozmawiamy o tym, że duchowość jest powszechna, bo jednak tak ma być. Dlaczego ja o tym rozmawiam z ludźmi – że duchowość jest powszechna?

K. G.: Ty rozmawiasz o tym z ludźmi?

M. Z.: Tak.

K. G.: Ja nic o tym nie wiem.

M. Z.: No to już wiesz.

K. G.: Wiesz co, ja uważam, że strasznie mało zrobiłem w Mózgu i strasznie słabo wykorzystałem tę możliwość, która była. Sławek zapraszał, stawiał te talerze i właściwie tylko je trzeba było zapełnić, ale ja z wieloma rzeczami tak zrobiłem, że przeszedłem to i gdzieś tam sobie połaziłem. Mam taką świadomość, że może nie tyle nie zostało to wykorzystane, bo zostało, ale w jakimś sensie czuję się mało uczestniczącym w tym wszystkim co tutaj było. I nie dlatego, że tu się dużo działo w tak zwanym imporcie, czyli że Sławek dokarmiał towarzystwo, żeby świadomość tego miejsca była zrobiona; żeby ci ludzie mieli poczucie koleżeństwa ze światem, który coś tam robi; żeby się czuli bardziej tutaj pewnie i tak dalej. On tu dowoził tych ludzi i to był taki fajny uniwersytet. To wzmocniło na pewno dużo ludzi z tego pułapu. Dużo ludzi z tego skorzystało i to jest okej. Ale ja mówię o tym, co my sami z siebie, z tego miejsca, mogliśmy dołożyć, dać czy być tutaj, nie? Z tego miejsca uważam, że zrobiłem bardzo mało, że zrobiłem prawie że nic.

M. Z.: No co ty? Przecież poruszałeś? Poruszyłeś?

K. G.: Nic takiego. Jakieś takie, wiesz, dwie rybki w akwarium, w tę i z powrotem. Ja nie wiem. Jestem taki mały, w sensie energetycznym. Za dużo tego nie ma. Mówię o tym, co ja mogłem tu zostawić. Przecież ja jak wydałem tę malutką książeczkę – „Wstęp do teorii średniości”, to tam miałem co najmniej dwanaście dróg, które się rozchodziły i to był tylko taki punkt startowy, gdzie wszystkie drogi sobie zauważyłem. Napisałem to zresztą w dwa dni przed Wigilią i byłem zadowolony, że jestem na takim rozdrożu. Zrobiłem takie rozdroże, że mam co najmniej dwanaście ciekawych ścieżek, którymi pójdę i nie wiem czy mi się uda coś wyjaśnić, ale że będzie co najmniej z dwieście stron do opisania tak ciurkiem, nie? Od razu czujesz taki akumulator. Ja to w tym momencie tak zostawiłem – taką maleńką świeczkę i właściwie nie wróciłem do tej grubej książki z tego powodu, że w międzyczasie ta moja fizyczność do pisania nie była taka. Jednocześnie jestem malarzem, więc przeszedłem do innego pokoju i malowałem obrazy.

M. Z.: Jesteś malarzem? Czujesz się nim?

K. G.: Jestem malarzem w tym najbardziej pierwotnym określeniu, gdzie, jakby ktoś mnie złapał w nocy i zapytał mnie kim jestem, to tym bym się mógł zastawić. Dalej już bez żadnego wartościowania, tylko po prostu: „Jestem malarzem i puść mnie, proszę cię bardzo. Mam takie zajęcie”. W tym sensie, a nie w tym, że to już coś znaczy. Coś takiego już sobie chyba przygarnąłem do siebie. I jest okej. A z tym, że „duchowość jest powszechna” to miałem takie życzenie, bo Sławek mówił, że by coś... no to dobra, to weźmiemy to – Teatr Powszechny, Duchowość jest powszechna – takie coś. To była taka malutka pioseneczka z 2007 roku, którą zaśpiewałem. „Duchowość jest powszechna” – to właśnie chcę przepisać na jakąś ścianę czy na jakiś billboard, nie wiem. I możliwe, że ja jeszcze będę się tym zajmował. Oprócz tego mi się po raz pierwszy coś takiego pojawiło, gdzie wezwałem siebie do napisania małych rzeczy. Ja zawsze oddawałem rzeczy, które w międzyczasie napisałem gdzieś jadąc tramwajem. W Niemczech prawie nie piszę, bo nie mam odsłuchu. Pisanie jest związane z odsłuchem. Ja żyję w ciszy, bo język niemiecki .... Ja go nie słyszę w takim sensie, żeby on mnie szarpał i wciągał. Ja go nie rozumiem po prostu tak, żebym mógł się w niego wpisać. Chodzi o to, że język, który cię dotyczy, kiedy jedziesz czy mówisz, sprawia, że nawet nie wiesz, kiedy zaczynasz rozmawiać z tymi ludźmi, zaczynasz pisać. W tym sensie, że słowo krąży. Jest taka poświata słowna. Język wtedy jest z tobą. Inaczej to archaicznie się nim posługujesz. Jakby sam go wyciągasz z bebechów. Oczywiście ja już jestem tak uproszczony, że ja mogę pisać jak w trzeciej klasie takim najprostszym językiem i jeszcze coś tam przekazywać. Zawsze uważałem, że pisać się wtedy nauczyłem, kiedy chodziłem do szkoły podstawowej, do trzeciej klasy. To jest mniej więcej taki zasób wiary w słowo, nie? Później oczywiście są różne komplikacje, którymi się wszyscy mogą zajmować, ale jeżeli w ogóle słowo coś znaczy, to od trzeciej klasy możesz się tym językiem posługiwać, jak chcesz coś powiedzieć. Czy chcesz coś powiedzieć czy nie – to jest już twoja sprawa. (...)

Ale i tak skłania się to wszystko do milczenia i do tego, że oszczędność wraca do ciebie – że albo ze sobą się będziesz rozliczał, albo w ogóle się nie będziesz tym zajmował i tyle. Malarz ma o tyle dobrze, że oddaje obraz dalej jako pojedynczy byt i jest po wszystkim.

M. Z.: W ogóle tego nie rozumiem, ale to podziwiam.

K. G.: My żeśmy właśnie ze Zbychem [Zielińskim] rozmawiali o tym, że ja coraz bardziej mam taką ochotę nie być obecnym w ogóle przy odbiorcach żadnych, bo to jest zawracanie głowy sobie. Ja nie lubię być na wernisażach i tak dalej. Najchętniej bym przychodził anonimowo, żeby sobie pochodzić między ludźmi, ale nie żeby być tam, wiesz, postawiony w szeregu i ci coś tam opowiadają, ponieważ już jest post factum. Ja oddałem robotę i nie mam nic do dodania na ten temat. To jest fajne właśnie w malarstwie. Taki reżyser czy taki muzyk ciągle jest związany z jakąś sytuacją partnerską, zawsze musi mieć paru ludzi wokół siebie. Ciągle jest taka sytuacja dogadywania się jednak.

M. Z.: Ale z drugiej strony to budzi aktywność.

K. G.: Tak, ale to jest zupełnie coś innego i to też było w naszym Mózgowym kontakcie inne, bo my i tak szliśmy po drodze do Mózgu. Gdzie indziej jeszcze żeśmy chlali i przychodzili do Mózgu częściowo już wygadani, a nasze rozmowy były inne niż te rozmowy, które muzycy między sobą mieli, bo muzycy mieli organizowanie koncertów i tak dalej.

...........

M. Z.: No tak. Nie wolno czuć.

K. G.: No właśnie. Nie wolno czuć, ale też jest coś takiego, że... A, dobra.

M. Z.: Dlaczego się wycofałeś?

K. G.: Nie wycofałem się. Dlatego tak ważne jest kłamstwo.

M. Z.: I prawda.

K. G.: Tak, ale kłamstwo też. Kłamstwo więcej słyszy prawdy niż się nam wydaje, bo kłamstwo chowa prawdę, a prawda potrzebuje być schowana. Prawda musi dojść do ciebie od tyłu i być schowana z przodu.

M. Z.: Może być, tylko że to jest bardzo niszczycielskie.

K. G.: No właśnie o tym mówię. Tak samo ludzie nie wiedzą, że pochwała jest cięższa niż nagana, w sensie jej przyjęcia. Równorzędnie – jakby ktoś miał mnie krytykować (ale nie chodzi tu o krytyka, to jest jeszcze coś innego) zamiast chwalić, to by było idealne. Dlatego, że ja w tej sytuacji czułbym się bezpieczniej. O wiele bezpieczniej.

M. Z.: Kompletnie to rozumiem.

K. G.: Rozumiesz to, nie?

M. Z.: Tak.

K. G.: No. Bo ja mam dosyć miejsca na Ziemi, żeby się pochwalić. To są pokłady takich sytuacji pomiędzy naszą taką rozgrywką. W tym momencie, w którym jak gdyby wszyscy umieramy albo tam się coś z nami dzieje, to zdarzają się te rzeczy niemożliwe. Chcemy, żeby te rzeczy niemożliwe były ważne do końca. Kiedyś z jakimś Szwedem rozmawiałem, który wypierdolił ze Szwecji, bo mówił, że nie może spotkać człowieka koło siebie. Nie może się skomunikować, a gdzieś tam w tych krajach bidnych po prostu czuje się potrzebny. Tam normalnie go tykają, opierdalają, coś tam robi z byle czego i jak tam coś go będzie bolało, to tam nie będzie siedział, tylko normalnie pojedzie dalej. Chodzi o to, że ta sytuacja usprawniania wyeliminowała w Szwecji komunikację na tyle, że stracił kontakt z ludźmi. Wszystko jest załatwione instrumentalnie, prawnie, wszystkim się należy, a on się nie może pokłócić. Wszystko tam jest organizacyjnie pozałatwiane. Wiesz, na tej zasadzie, że: „O co ci chodzi? Możesz sobie porozmawiać z psychologiem, bo dla nas to trochę jest już za dużo”. Wiesz, tutaj już w takiej skrzyni zwykłej zostałeś zabrany, nie? No i ten człowiek spierdolił ze Szwecji, bo powiedział, że to już jest tak ułożony system, że chcieli bardzo dobrze, że zrobili taki w ogóle super naleśnik, ale w pewnym momencie sami siebie wyeliminowali z tej gry. Wszystko jakby, wiesz, poustawiali, te mechanizmy działają, ale zabrakło im tego, żeby jeszcze czegoś dotknąć, żeby się czymś posypać po głowie. No i ten człowiek jest autentyczny. On nie mówi, że on jedzie do biednego kraju tylko do bogatego kraju, choć fizycznie do biednego kraju.

M. Z.: No jasne. To jest portretowane w bardzo różnych miejscach w ten sposób, że nagle wbijasz się do idealnego świata...

K. G.: ...gdzie po prostu organizacyjnie wypiętrzyli jakąś sytuację, ale jednak to nie jest wszystko. To nie jest takie do schrupania, nie? I wiesz, tamte służby socjalne i te mechanizmy, to że wszystkim się przelewa, prowadzi do tego, że facet siedzi trzy lata w domu i w ogóle nikt nie wie, że on już nie żyje, nie? I tak dalej i tak dalej (śmiech). Potem go sprzątają służby

M. Z.: ...ale nic się nie stało, wszystko jest spoko.

K. G.: Wszystko jest w porządku. Na przykład te strefy ciszy, z których korzystam w Holandii, gdzie rzeczywiście wchodzisz w taką bańkę ciszy i jesteś na plaży wszędzie, gdziekolwiek chodzisz. Tam taka higiena międzyludzka jest tak silnie ukształtowana, że ja korzystam, bo mam kompletną ciszę. W Niemczech też już jest trochę ciszej w stosunku do tego, co jest w Polsce. W Polsce z kolei jest taka stykówa. Coś takiego, czego ja nie jestem do końca zwolennikiem, bo ja od małego chodziłem obok. Ja zawsze ceniłem sobie to, że stoję obok. Wszyscy rozmawiają, a ja gdzieś w drugą stronę idę, się tam najem, nikt nie wie i znowu sobie posłucham. To jest jakby w ten sposób. Z tego się cieszę, a jak chcę, to im coś tam zostawię na stole i już. A w Polsce każdy chce cię gdzieś tam, kurwa, złapać. Jak pojechałem do Niemiec, to już mi trochę powietrza przybyło, oczywiście nie wchodząc w ich strukturę, ale trochę uzyskałem swojej ciszy. W Holandii jest jeszcze ciszej. W Norwegii to już jest kompletny spokój, ale jeżeli wiesz sam co bierzesz i z czego korzystasz, to możesz sobie z tego potencjału korzystać, jeżeli jesteś poza ich tam sytuacją.

M. Z.: Ale tam jest zimno. Można zarabiać, ale jest zimno.

K. G.: Ale ja jestem zimnokrwisty. Mam mieszankę rodzinną. Jestem z czterech nacji (gwizd) – się, kurwa, spotkali. Mam trochę krwi szwedzkiej, trochę niemieckiej, francuskiej, polskiej i rosyjskiej też.

M. Z.: To pięć.

K. G.: Pięć, ale takiej mocnej to mam trzy. I ten genotyp gdzieś szukał takich sytuacji, gdzie mu to odpowiada, nie? Niektórzy to nazywają samotnością, a niektórzy traktują to jako taką zwykłą iluminację w trakcie tego, że się chce gdzieś samemu pobyć. I dlatego tak mogę sobie tam posiedzieć długo, bo w zasadzie to ja nie wpisuję się w to słowo emigrant albo coś takiego, tylko że nie jestem u siebie w krzakach. Coś było takiego – emigrant – ktoś gdzieś wyjeżdżał, ale w sensie, że decyzję podejmował, że tam już musi być albo coś. Jak mnie się tam tak pytają, to mówię – „Nie wiem – jestem to znaczy, że jeszcze jestem, że mi to jakoś tam pasuje”. To nie znaczy, że jestem tam, żeby tylko stękać, tylko że pobieram stamtąd jakiś tlen. Jakiś inny rodzaj, którego mi brakowało. Ja miałem tutaj taki kłopot, na zasadzie, że ja nie mam takiej energii rozgrzewania czegoś tutaj, a wydaje mi się, że jest lepiej, kiedy mnie nie ma. Mam dwie dziewczyny ze sobą, także jest okej. Gdybym był całkiem sam, to byłoby mi trochę inaczej tam siedzieć. Mam dwa piece, które, wiesz, grzeją. To wszystko jest takie, że po jednej stronie jest egotyczne, a po drugiej stronie jest praktyczne i wszystkie rzeczy, które bym przywiózł ze sobą, typu „Duchowość jest powszechna” – one tego nie rozumieją, bo mi nie chodziło o taki buddyjski środek, że to się tak rozkłada. Ja ci tylko to skrócę, te nieporozumienia, może to zapamiętasz. Do tego punktu doszedłem, przy tych rozdrożach, potem już to zostawiłem, ale tam jest ta energia. Nie zgadzałem się z tym, że trzeba się napracować nad duchowością, że jest coś takiego jak wyższa duchowość i niższa, i jakieś, wiesz, robaki na samym końcu. To mi się nie zgadzało. Co z tą całą resztą? Kto to tak jakoś, kurwa, zostawił? Musisz się gdzieś wspinać, żeby tam coś osiągnąć? Nie. To mi się nie zgadza. To musi być tak – takie miałem mniemanie – że, jeżeli w ogóle to jest (to słowo jest ukradzione z klasztoru czy z religijnej strony płynie), to ona jest natychmiast wszędzie albo w ogóle jej nie ma. Bo jeżeli ona jest natychmiast wszędzie, wtedy nie ma takich, którzy się starają i idą w zażartość za tą duchowością, jakby mieli jakiś klucz na to, że ona tutaj jest, a tutaj jej nie ma. To mi się zawsze wydawało jakieś kompletnie idiotyczne i głupie. I jeżeli w ogóle ten temat ruszamy, to ona musi być wszędzie. Z matematycznego punktu widzenia ona musi być wszędzie, bo czymkolwiek byś się zajął, możesz tam ją znaleźć. Wszędzie ona jest. Ona się nie daje wyspekulować, że ktoś ją po prostu wyselekcjonuje i wypoziomuje. I tutaj wchodzą te wszystkie wartościowania. My jesteśmy przyzwyczajeni, że bez wartościowania w ogóle nie umiemy się poruszać. Ono jest na samym początku naszego urodzenia się, że to jest lepsze albo tamto jest lepsze. I tymi tropami zawsze chodzimy. Jeśli by nam ten trop zniknął, to...? To w ogóle jest i my nic nie mamy do zrobienia. Ona jest po prostu jakimś takim oddechem, że my przeczuwamy, że ona gdzieś jest. Jesteśmy śmiertelni, przychodzimy tu jako obserwatorzy i wiemy. I nie mamy nic z duchowością wspólnego, że możemy zarobić na niej czy ją jakoś wyłuskać; czy z niej coś esencjonalnego zrobić. To wtedy jest dla mnie okej. A jeżeli ktoś chce to łuskać i na jakąś stronę to przeciążyć, że to lepsze, a to gorsze, to wtedy już, kurwa, uważam, że to jest jakiś syf. Zresztą oni sami zdradzają, że to jest syf bo sto lat uważają to za dobre, a sto lat, że nie. I to nie jest tak, że ja się jakoś staram, żeby to określić, tylko to jest koniunkturalnie związane z danym czasem, że na tym można zarobić. Że jeżeli ja coś uznam za lepsze i będę w tej lepszej grupie, to będę mieć z tego duże korzyści. To jest ten wynalazek ludzi, że duchowość jest przesuwana kulturowo i są grupy, które okupują ją, nazywają to lepszym, a potem wszyscy, kurwa, na tym zarabiają, mówiąc oczywiście, że są najlepsi, skromni i w ogóle nic z tym nie mają wspólnego (śmiech) i odpierdolcie się, nie? I tylko o to mi chodziło. My nie jesteśmy tak na świecie, że możemy go zrobić. Nie mamy żadnych mechanizmów operowania światem. Możemy się tylko wkręcać i wykręcać. I z tego powodu ja w ogóle nie chcę być wkręcony w jakąś taką krótką historię wojen typu – zmienimy świat i za chwilę będzie wszystko okej.

M. Z.: Ale przecież to nie jest wojna – to są potyczki.

K. G.: No oczywiście, że to są potyczki. To nawet nie wyrosło do jakiegoś filaru, który by coś porządnie wyniósł. Ja też lubię grać. Gra jako gra jest fajna. Na przykład co jakiś czas przesuwasz pionki i przesuwasz je z premedytacją tak długo, że się z tego coś stanie, ale na końcu muszę te pionki przewrócić ręką i powiedzieć: „No niestety, ale to była gra, muszę was rozczarować” (śmiech).

Przypis bibliograficzny
Zieliński, Mikołaj i Gruse, Krzysztof, “MOCNE WBICIE PALA,” MÓZG archiwum, Dostęp 3 czerwca 2020, http://archiwum.mozg.art.pl/items/show/2460.
Relacje między zasobami

Zasób nie ma zdefiniowanych relacji