Przeskocz do głównej zawartości
Identyfikator
R17t005
Data
Tytuł
CZĘSTY KLIENT
Etykiety

CZĘSTY KLIENT

CZĘSTY KLIENT

Opis

Z Michałem Wieszokiem rozmawia Mikołaj Zieliński

Tekst

Mikołaj Zieliński: Jeżeli klub Mózg ma dla ciebie jakieś znaczenie, to jakie?

Michał Wieszok: To jest taka dziwna historia, bo myśmy zaczynali, jak wiesz, w Trytonach i te Trytony to była jakaś taka opcja, że jest fajnie. Potem okazało się, że jest Mózg. Ja byłem w nim częstym klientem. Przez bardzo długi okres spędzałem tutaj każdy wieczór, bo wydawało mi się, że tak należy. Jak patrzę na to z perspektywy dzisiejszej, to było to coś takiego zupełnie innego, taka jakaś odskocznia od tego co się działo. Trudno jest mi to sprecyzować.

M. Z.: No tak, bo jest to obszerne pytanie. Zdaję sobie z tego sprawę.

M. W.: Dla mnie wtedy Mózg był takim miejscem, gdzie przychodziłem, spotykałem znajomych, mogliśmy porozmawiać, mogliśmy wymienić jakieś poglądy, posłuchać muzyki, pokłócić się, pobić się czasami. Mózg był dla mnie takim... Nie wiem właściwie czym był dla mnie Mózg. Jakąś alternatywą dla rzeczywistości? Wiesz, potem, z czasem mi przyszło, że uświadomiłem sobie, że ten Mózg to nie jest tak do końca to, o czym ja marzę; że to jest takie siedlisko dekadencji. Opowiadałem takie historie, że tu tak nisko nad podłogą unosi się taka mgła głębokiej depresji. Mam bardzo ambiwalentny stosunek do Mózgu. Lubię to miejsce, bo jestem z nim związany w jakiś sposób uczuciowo, bo wiem jak to wyglądało od początku; bo uczestniczyłem w budowaniu tego. Z drugiej strony ten cały jazz, yass... Ja jestem punkowy chłopak no. Ja jestem wychowany zupełnie inaczej.

M. Z.: Nie lubisz jazzu po prostu?

M. W.: Nie, ja lubię jazz, ale czasami mi się wydaje, że jest to trochę naginanie pały. Kurwa, artyści... „Wieszok – ty jesteś artystą” – kurwa, ja nie jestem żadnym artystą! Ja jestem Wieszok. Ja tu przychodzę, bawię się, lubię się napić, lubię potańczyć, ale żeby traktować mnie jako artystę, to nie, nie! No mam ambiwalentny stosunek do Mózgu. Jedna z moich ulubionych historii jest taka, że gdybym wygrał duże pieniądze w totka, to bym kupił Mózg od Janickiego, bo on go chciał kiedyś sprzedać. Pytali się mnie – „I co byś zrobił?”. Zabiłbym dechami i zamknął.

M. Z.: To samo powiedział przy mnie kiedyś Jacek Puzinowski. Nie wiem czy on tę historię zerżnął od ciebie, czy co?

M. W.: Kiedyś napisałem historię o tej mgle głębokiej depresji, takiego dołu, że wszyscy chodzą tutaj i są tacy zdołowani.

M. Z.: Z drugiej strony przecież nie zawsze tak jest. Mam wrażenie, że trochę upraszczasz.

M. W.: No nie jest tak, jak organizuje się na przykład koncerty Kultu w Mózgu, co nam się zdarzyło. Początki Mózgu – bar, jeszcze bez nalewaka, Krzysiu [Diering] za barem, magnetofon kasetowy. Przychodzisz z własną kasetą. Janicki również za barem. Kaseta jest grupy Kult. Dajesz Janickiemu tę kasetę i mówisz mu: „Weź mi puść to”. Janicki patrzy i mówi: „Nie no, Kult?” – i wrzuca do kosza. Tego nie słuchamy. Rok później ten sam Janicki Sławomir mówi: „Nagrywamy płytę ze Staszewskim”. To co mi się udało, co sobie cenię i będę wspominał, to że udało nam się w Mózgu zrobić Staszewskiego – „Koncert dla dorosłych” Kultu, który zapowiadałem z Katarzyną Gwincińską – piękną, dobrą i mądrą. Będę też wspominał do śmierci Janerkę, którego tutaj zrobiliśmy...

M. Z.: Nawet na nim byłem.

M. W.: Tak, podobno cię nawet upili wtedy (śmiech). Te wczesne lata klubu były fajne, wiesz? Ten pianista był – Soyka. Wtedy było jakieś takie ciśnienie, rozbudowana estrada. Teraz tego nie ma. Trochę mnie to boli, nie? No dobra. Już stary jestem i głupi.

M. Z.: Wiesz, są inne rzeczy, nie?

M. W.: Powiem tak: cenię sobie Janickiego za festiwale, a nawet nie tyle za festiwale, tylko za to, że mu się chce. Bydgoszcz nie jest łatwym terenem. Najgorzej być prorokiem we własnym mieście, a on z tą premedytacją ciągnie to i organizuje te festiwale. Coraz mniej ludzi na te festiwale przychodzi, ale on to robi. Jemu się chce, wierzy w to. I za to go cenię, nie? To mi się podoba, że mu się chce, bo każdy inny by powiedział: „Pierdolę to”. Pamiętam, że przy okazji którejśtam rocznicy Mózgu – już świętej pamięci Jacka [Majewskiego] nie było, zapytałem Sławka: „Czy myślałeś, że tak długo to potrwa”? On mi odpowiedział, że nie; że myśleli, że to potrwa góra pięć lat. A tu zaraz będzie dwadzieścia pięć lat! Dwadzieścia pięć lat knajpy, klubu – to jest rzadkie. Co poza tym? Poza tym jeszcze powinienem opowiedzieć o historiach... hmm...

M. Z.: Nie przejmuj się, nic nie powinieneś.

M. W.: No, Mózg jest częścią mojego życia. Kiedyś powiedziałem, że jakby Wieszok odszedł – umarł, to należałoby Wieszoka skremować i urnę z Wieszokiem postawić na barze między Żołądkową gorzką a wiśniówką i do tej tablicy z jadłospisem dopisać „pięćdziesiątkę z Wieszokiem”. To będzie wyglądało w ten sposób, że przychodzisz do baru, zamawiasz „pięćdziesiątkę z Wieszokiem”, pani nalewa pięćdziesiątkę i z takiej popielniczki dosypuje ci Wieszoka. Oczywiście, któregoś dnia Wieszok się skończy, no bo nie da rady i wtedy pojawią się goście, którzy będą podchodzili i będą mówili: „mam dwadzieścia gram ogryginalnego Wieszoka za trzydzieści złotych”.

M. Z.: Z tego mi się jawi taki obraz, że jednak chciałbyś przetrwać w ludziach?

M. W.: Wiesz co, ten rok się dosyć chujowo dla mnie skończył. Końcówka była wyjątkowo chujowa, bo pożegnaliśmy paru naszych takich przyjaciół pod tytułem – Wasyl [Maciej Wasilewski] czy Jasiu Paszkiewicz, który zostawił tu pół życia swojego. I tak sobie pomyślałem, że chciałbym zostać w tym Mózgu jakoś zapamiętany.

M. Z.: Myślę, że jest na to duża szansa.

M. W.: Jedno jest pewne – nie jestem artystą.

M. Z.: (śmiech)

M. W.: Nie jestem artystą, nie, nie, nie, nie. Widziałem artystów, którzy się napierdalają tutaj na podłodze, leżą na sobie – to nie jest fajne. Poza tym mogę jeszcze powiedzieć, że dostrzegam zmianę pokoleń. Już nie ma tych ludzi, z którymi zaczynaliśmy tę zabawę. Nagle okazuje się, że ci ludzie odchodzą. Wasyl już nie przyjdzie. Jasiu nie przyjdzie. Ja będę starał się przychodzić jak najdłużej będę mógł. Mam nadzieję, że zrobią podjazd na wózki.

M. Z.: W sumie jest ta rura przy schodach, można by zainstalować taki podnośnik...

M. W.: No tak, ale jeszcze są anegdotki na przykład pod tytułem „Palenie marihuany w klubie Mózg”. Wiadomo, że wszyscy palą marihuanę...

M. Z.: No, nie wszyscy w sumie.

M. W.: No, prawie wszyscy. Ale był taki moment, że palenie marihuany w klubie Mózg było niemile widziane. No i siedzisz sobie przy barze, zrobiłeś sobie skręta, palisz, bo wtedy wolno było palić i za tobą stoi Hania Janicka. I mówi: „Słuchaj Wieszok, [pociąga nosem] ktoś tutaj marihuanę jara!”. Ty się odwracasz i mówisz: [wydycha głośno powietrze] „No co ty!?”. Myślę, że palenie marihuany powinno być tutaj dopuszczone. Udawanie, że nie palimy to jest bajka.

M. Z.: To nie jest problem tego miejsca, to jest problem mentalny na świecie.

M. W.: Powiem tak: Bydgoszcz bez Mózgu byłaby uboga. Powiem ci tak: Siedzę w pierdlu, idę pod prysznic. Stoję pod tym prysznicem, stoi obok mnie gość, tak patrzy na mnie i mówi: „Cześć”. Ja się go pytam: „My się znamy?”, a on na to: „Tak! Z Mózgu!”. Myślę, że Mózg się wpisał w to miasto. Dwadzieścia pięć lat za chwilę? Jak myśmy otwierali Trytony i w pewnym momencie chłopcy, czyli Sławek i Jacek postanowili otworzyć własną knajpę i odeszli z Trytonów, to oni tutaj zrobili remonty, ja pracowałem za barem w Mózgu ze „Świętym” [Tomkiem Hesse] świętej pamięci i oni po pracy przychodzili do Trytonów na piweczko i nie było problemu, że chłopaki budują inną rzeczywistość. Jak mnie się pytają o Mózg – no bo mnie kojarzą z Mózgiem niestety – to...

M. Z.: Zapracowałeś sobie na to, że cię kojarzą.

M. W.: No zapracowałem. No ale wiesz – prowadzę czarter łódek. Przyjeżdżają goście, biorą łódki ode mnie i przychodzi facet, patrzy się na mnie i mówi:

- A ja pana znam.

- Ale skąd?

- Z Mózgu.

- Skąd?

- No z Mózgu.

- A co to jest Mózg?

- No... taki bar.

- Nie znam. Nigdy nie byłem. (śmiech)

Pamiętam, jak było pięciolecie Mózgu, to nagrywaliśmy takiego spota na to pięciolecie i ja rzuciłem taki tekst: „Pięć lat Mózgu i starczy”. Niech to miejsce trwa jak najdłużej, ale po pierwsze – jest ciemno. Kuchnia wegetariańska pana Leszka – nie do końca. Myślę, że największym problemem, jaki chłopcy zrobili, to było to, że nie pociągnęli tego dalej; że ta knajpa nie jest otwarta codziennie. Tu trzeba ludzi przyciągnąć. Trzeba być bardziej otwartym. Mówisz Janickiemu: „Weź mi zrób koncert Kultu”. „Niee, Kult ja wyrzucam do śmieci”. I potem Janicki ci mówi: „Nagrywam płytę ze Staszewskim”. Mówię „John Porter” – nie. Cieszę się, że udało mi się zrobić tutaj Domowe melodie, na które bilety sprzedały się, kurwa, w przedsprzedaży i było pełno. Takie rzeczy, nie? Wiesz co, ja rozumiem – muzyka improwizowana, srutututu, pierdu-pierdu, ale ludzie są żądni krwi, a krew to jest na przykład, nie wiem – Nosowska. Dlaczego my nie mamy Nosowskiej?

M. Z.: Chcesz mi wmówić, że Domowe melodie to jest krew?

M. W.: Bilety sprzedały się w przedsprzedaży.

M. Z.: No dobrze, ale idąc tym tropem powinniśmy robić koncerty disco polo.

M. W.: Nie no disco polo nie, ale Domowe melodie to jest zupełnie inna historia.

M. Z.: No dobra, nie będziemy o gustach gadać. Nie ma sensu. Mi się jednak zawsze wydawało, że to co jest prezentowane przez to miejsce od wielu lat zalicza się jednak do sztuki wysokiej.

M. W.: [ciamka zniecierpliwiony]

M. Z.: Może nie zawsze, ale przeważnie.

M. W.: Wiesz co, umówmy się tak – jest to sztuka. Jest to jakaś enklawa, ale sam widzisz historie takie, że jest koncert i okazuje się, że na scenie jest więcej gości niż na publiczności.

M. Z.: To są kwestie promocyjne.

M. W.: To są kwestie promocyjne, dobra, ale myślę, że Mózg się powinien jednak bardziej otworzyć. Ta scena muzyczna jest bardzo bogata. Nie wiem na przykład dlaczego tutaj nie ma Taco Hemingwaya? No jest drogi. Nie stać nas na Taco Hemingwaya. Nie stać nas na Kapelę ze wsi Warszawa. Jestem pewien, że gdybyśmy tutaj zrobili koncert Johna Portera...

M. Z.: No tak, ale ty mówisz wciąż o tym samym...

M. W.: No dobra, ale jest jeszcze druga strona medalu. To ta głęboka deprecha, która tutaj panuje i to mnie wkurwia najbardziej. Siedzisz w piątek przy barze. Przychodzisz wcześnie, tak jak ja – bywałem klientem, który przychodził dosyć wcześnie. Jest ciemno. Przychodzą goście, chodzą patrzą – ciemno i mówią: „To zamknięte jest”. Nie wiem, musiałbym zacząć opowiadać o buddyzmie pana Leszka, a nie chcę o tym opowiadać...

M. Z.: (śmiech)

M. W.: ...bo buddyzm pana Leszka to jest zupełnie inna historia. Bardzo chętnie na przykład wynająłbym czarną salę koncertową na planszę do ćwiczenia szermierki na florecie albo do strzelania z łuku. Rozwinąć to wszystko, a nie tak się dusić.

M. Z.: Ciekawe masz pomysły, nie powiem.

M. W.: No mam parę takich pomysłów. Poza tym mam kontakt z ludźmi, którzy przychodzili tutaj, jak to się zaczynało.

M. Z.: I marudzą teraz?

M. W.: Teraz nie przychodzą, bo stwierdzają, że się tutaj nie znajdują.

M. Z.: Wiesz, że wszystkim nie dogodzisz.

M. W.: No nie dogodzisz. Nie da rady wszystkim dogodzić, ale Wieszokowi? Portera? Janic mnie nie słucha. Janic mnie nigdy nie słucha, a potem przychodzi i mówi, że nagrywa płytę ze Staszewskim.

M. Z.: Widzę, że nie możesz tego przeżyć.

M. W.: Nie no, wiesz, to jest jedna z moich ulubionych historii. Jak przyjechał Staszewski, to się, kurwa, kolejka do niego ustawiła, żeby ich zabrał. I kogo Staszewski zabrał? Jasia Zdunka, którego bardzo szanujemy i który jest wybitnym trębaczem. Postacie z Mózgu, które zapamiętam, to właśnie Jasiu Zdunek... no, Mazzoll, ale ile można słuchać Mazzolla? Ja czasami boję się otworzyć lodówkę, żeby mi tam Mazzoll z niej nie wyskoczył. Był taki gitarzysta... Jak on się nazywał?

M. Z.: Polski gitarzysta?

M. W.: Nie nie, na festiwalu grał...

M. Z.: Jakiej narodowości?

M. W.: Brytyjczyk... Nieważne. Jak ja przychodzę na koncert do Mózgu i widzę faceta, który wychodzi z gitarą, jest solistą, ma gitarę sto pięćdziesiąt instrumentów elektronicznych, komputerów i tak dalej i jest wtórny... Ale jak tamten się nazywał...? A! Frith! Frith jest jeden. I potem nagle pojawiają się inni. Makowiec [Artur Maćkowiak] – dobrze, ok. Makowiec znalazł swoją ścieżkę, ale rozumiesz – ja jestem wybredny strasznie.

M. Z.: No, rozumiem.

M. W.: Janicki mi mówi: „Przyjdź, będzie ci się podobało”, a ja nie wiem czy mi się będzie podobało.

M. Z.: On cię trochę zna, to może trochę wiedzieć.

M. W.: Wiesz co? Historia muzyki improwizowanej... Jak mam być szczery do bólu, to z Janickich bardziej cenię sobie Kubę. Kuba jest wykształconym muzykiem, wie o co chodzi, ma podstawy, jest zorganizowany, a Sławek? Nie chciałbym powiedzieć, że jest hochsztaplerem, przepraszam bardzo, ale jakoś mi to, kurwa, nie pasuje. No sorry.

M. Z.: Spoko, to jest przecież twoja opinia, a wiesz jak to jest z opiniami.

M. W.: Nie no oczywiście – Janica cenię za konsekwencję, za to, że mu się chce. Każdy inny po trzecim festiwalu, na który już prawie nikt nie przyszedł, powiedziałby: „Pierdolę to, nie robię tego, chuj. W dupie mam to”. A Janicki nie. Janicki to robi, ściąga tych ludzi, zaprasza, chce mu się. On tym żyje. I za to go cenię. I cenię go za to, że mi czasami pozwala się zdrzemnąć pod fortepianem. I panią Renatę też.

M. Z.: (śmiech)

Przypis bibliograficzny
Zieliński, Mikołaj i Wieszok, Michał, “CZĘSTY KLIENT,” MÓZG archiwum, Dostęp 17 listopada 2019, http://archiwum.mozg.art.pl/items/show/2461.
Relacje między zasobami

Zasób nie ma zdefiniowanych relacji