Przeskocz do głównej zawartości
Identyfikator
R17t002
Data
Tytuł
AKADEMIA SZTUK WSZELAKICH
Etykiety

AKADEMIA SZTUK WSZELAKICH

Opis

Z Łukaszem Jędrzejczakiem rozmawia Mikołaj Zieliński

Tekst

Mikołaj Zieliński: Jakie znaczenie ma dla ciebie klub Mózg, jeśli jakieś ma?

Łukasz Jędrzejczak: To się na wielu płaszczyznach odbywa. Pierwsza podstawowa płaszczyzna jest taka, że jest to wymiar lokalowy, ponieważ mam tutaj swoją przestrzeń do pracy i zabawy. Gdyby nie Mózg, to pewnie bym kisił się w jakiejś kanciapie z metalowcami jakimiś albo w jakiejś kanciapie daleko od domu, a tak, to przynajmniej mam tę przestrzeń tutaj i w sumie plus jest taki, że mogę tu, wiesz, działać z fajnymi muzykami zaraz za ścianą. To jest pierwsza wartość. Druga, bardziej metafizyczna, jest taka, że wielu rzeczy się tutaj nauczyłem i cały czas się uczę. Jest to taka kuźnica wiedzy i taka moja mała akademia muzyczna, akademia sztuk wszelakich, która tu się odbywa, takie miejsce, gdzie się człowiek uczy cały czas czegoś. Na każdym poziomie, artystycznym czy międzyludzkim, psychologicznym. To jest druga wartość. A trzecia? Nie wiem, to takie miejsce, które pozwoliło mi siebie określić jako jakiegoś tam, powiedzmy, człowieka, który robi w sztuce czy zajmuje się działalnością artystyczną, pozwala mi się zdefiniować łatwiej w świecie, w polskiej scenie czy tam, nie wiem, środowisku ludzi, którzy w Polsce coś robią. Jakoś zawsze czułem, że fajnie jest należeć do jakiejś szerszej grupy, jakiegoś kolektywu i Mózg jest trochę takim miejscem.

M. Z.: Żeby się utożsamiać z jakąś grupą?

Ł. J.: Tak, tak, z jakąś formułą. To już od czasów licealnych jakieś takie punkowe schematy mnie pociągały i te subkulturowe pozostałości cały czas gdzieś tam we mnie są i to bardziej abstrakcyjnie

przeszło na moje jakieś przebywanie w Mózgu. No utożsamiam się po prostu z tym miejscem. Nie utożsamiałbym się na przykład, gdybym miał salę prób w Fotonie, bo nie miałbym z czym. To byłoby jakieś takie bardziej oddalone albo mniej nasycone jakąś treścią, a Mózg taki jest. Tutaj wiele rzeczy się wydarzyło, wiele przeżyliśmy i to pozwala mi się utożsamiać z tym miejscem bardziej.

M. Z.: Idąc tym tropem – rozumiem, że po prostu łatwiej ci funkcjonować jako część pewnej społeczności artystycznej niż jako autonomiczny artysta?

Ł. J.: Na razie tak, chociaż wiem, że pewnie przyjdzie taki moment, że będę musiał jakoś sam się określić i się oderwać bardziej, odfrunąć bardziej od takiej konstelacji. To będzie pewnie jakiś wynik własnych poszukiwań, tak to czuję. To się powoli też już dzieje.

M. Z.: Rozmawiając z naszymi starszymi kolegami zauważyłem, że może nie zawsze to się dzieje, ale zazwyczaj nastaje taki moment w życiu artystycznym poszczególnych jednostek, które orbitują wokół jakiejś tam sfery czy środowiska, że faktycznie to oderwanie następuje, jakaś autonomia, jakieś poszukiwanie własnej drogi. Dla niektórych to przychodzi wcześniej, dla niektórych później, a dla niektórych być może w ogóle nie przychodzi, natomiast ciekawe jest to, co powiedziałeś o tej nauce, bo ten temat też pojawia się w tych rozmowach. Nawet ludzie, którzy byli w tym miejscu od samego początku, czuli, jakby się uczyli w jakiejś takiej nieformalnej instytucji.

Ł. J.: No tak. Tutaj zawsze jakiś taki akcent kładziony był na to, żeby przełamywać pewne schematy artystyczne i nawet jak był taki okres, gdy miałem wrażenie, że jakaś stagnacja tutaj się dzieje, to miałem taką refleksję, że mogę się trochę zdystansować do tego, co się dzieje w Mózgu. Jak wracałem, to znowu była jakaś taka świeżość. Czasami też byłem zmęczony muzyką improwizowaną czy jakimiś eksperymentalnymi koncertami, które też powielały pewne formuły, ale wtedy też wiedziałem, że to nie jest jakieś konserwatywne środowisko i mogę odskoczyć i oddalić się w jakieś inne kierunki i jak wracałem, to zawsze zyskiwało. Wydaje mi się, że to, że tak robiłem, to też był jakiś efekt tej wcześniejszej edukacji w Mózgu. Takiej nauki otwartości i wolności, braku takiego ciśnienia, że nie jesteśmy w jakiejś sekcie czy w jakiejś, wiesz, scenie skostniałej muzycznie.

M. Z.: No tak, chociaż w przeszłości to zarzucano temu środowisku, powiedzmy jeszcze w czasie zanim my zaczęliśmy tak gęsto przychodzić i częściej grać. Z tego co pamiętam, pojawiały się takie zdania, że środowisko jest hermetyczne czy jest kółkiem wzajemnej adoracji. Natomiast wydaje mi się – nie wiem czy się ze mną zgodzisz – że ten hermetyzm ustąpił na rzecz absorpcji pewnych innych treści.

Ł. J.: No jest lepiej. Wydaje mi się, że cały czas jest tam pewien taki radykalizm, ale to może ze strony starszych kolegów, co może wynikać z tego, że oni pamiętają czasy młodości i chcieliby wrócić do pewnych fajnych historii, które się działy wcześniej i to ich może radykalizuje. Może też tak z nami będzie, że będziemy bardziej radykalni jeszcze za parę lat, będziemy twardo obstawać przy rzeczach, które robimy teraz albo które robiliśmy wcześniej. No ale młodsi ludzie doszli, to też jest jakiś wyraz tego, że łatwo było młodszym ludziom wejść w to środowisko i wszyscy są witani z otwartymi ramionami. Był taki moment, że elektronika pojawiła się szerzej, to też była inicjatywa Kuby [Janickiego] czy to, że gitarowe rzeczy się pojawiły na nowo dzięki chłopakom z Good Night Chicken. Jest otwartość. Nikt nie zamyka nikomu drzwi.

M. Z.: Jedyne z czym mi się kojarzy ten radykalizm, o którym mówisz, to z radykalnym podejściem Sławka do grania muzyki jako improwizacji absolutnej. To nie jest też niczym złym, bo to, że on ma takie podejście, to wcale nie oznacza, że wszyscy inni mają mieć takie podejście.

Ł. J.: Tak, bo też Sławek nigdy tej wizji nie roztaczał na całość, na wszystkich. Dopuszczał inne formy wypowiedzi. Koncerty, które się odbywają, nie są tylko improwizowane, ale też bardziej jakby sformalizowane, zaaranżowane pomysły muzyczne mają rację bytu na scenie. Istotne jest chociażby to, że on się otworzył też na elektronikę. Mówimy o Sławku, ale to jest też rozmowa o innych ludziach z jego pokolenia, którzy może nie są tak blisko Mózgu, ale to, że jesteśmy tu na miejscu, to mamy największy kontakt z nim.

M. Z.: Tak, ale pamiętam, że jeszcze jak Jacek żył, to też był wkręcony między innymi w to co prezentowała wytwórnia Mik Musik...

Ł. J.: ...tak, pamiętam jak grali koncert z Gendosem, to miał na sobie ich koszulkę (śmiech)...

M. Z.: ...tak, zaczął się interesować elektroniką zanim Kuba przejął w tym zakresie przysłowiowe stery. Natomiast chciałem cię jeszcze zapytać o to, jak postrzegasz wpływ tego miejsca na to, co jest na zewnątrz zarówno w skali lokalnej, bydgoskiej, jak i w skali Polski. Czy dostrzegasz jakiś wpływ tego miejsca? Na pewno spotykasz się z różnymi ludźmi, którzy mają różne zdanie na ten temat?

Ł. J.: Myślę, że w Bydgoszczy, to może nie aż tak bardzo, bo przyznajmy, że Mózg ma taki wpływ, że wszyscy wiedzą o tym miejscu, ale wiele osób tutaj w ogóle nigdy nie było. Wiedzą, że to jest kultowy klub Mózg, ale mało kto chciał zaryzykować i tu przyjść. Wiele osób przyznaje się, że nigdy tu nie było, chociaż wie, że takie miejsce istnieje.

M. Z.: Jak myślisz – skąd ta obawa?

Ł. J.: Może przez ten stereotyp właśnie tego kółka wzajemnej adoracji. Może taki stereotyp się wytworzył w ludziach, taki lęk, że tu jest jakaś banda psychopatów, którzy na dzień dobry ci z liścia dają płytą Ornette Colemana i śmieją się z ciebie jak nie znasz dyskografii Erica Dolphy'ego, a tak nie jest. To jest też cały czas dyskusja o publiczności bydgoskiej. Jest stała grupa ludzi, którzy przychodzą. Ta grupa się raczej nie powiększa. Ewentualnie trochę się może skurczyć, ale zwykle to jest ta sama liczba, bo jak ktoś wyjedzie poza miasto, to i tak te dwie osoby się pojawią nowe, które jeszcze nie zdążyły wyjechać, czyli młodzi ludzie, którzy zaczynają studia albo kończą liceum. Gdzieś tam to się wyrównuje, ale to jest ta sama stała grupa, nie ma jakichś takich skoków, że jest jakiś boom i tak nie będzie pewnie przynajmniej przez dłuższy czas. W Polsce już jest trochę lepiej, bo wydaje mi się, że jak ostatnio jeździmy sobie z koncertami, no to ludzie czają to miejsce i tak idealizują też Bydgoszcz przez to, że to jest takie miejsce, gdzie jest ten wspaniały Mózg, że tu jest zajebiście i dużo się dzieje. Więc jakoś zadziałała taka fama, że ta scena yassowa wcześniej była tak prężna i to co się działo potem, od 2005 w górę albo trochę później. To zadziałało, bo to widać w rozmowach. Jak się z kimś gada we Wrocławiu, w Gdańsku czy w Warszawie, to każdy pyta i jest ciekawy, jak to miejsce działa. Trochę w Warszawie tak jest, że wiele osób zazdrości nam Mózgu i tego, że mamy tutaj taką infrastrukturę i to miejsce; że wszyscy są skupieni wokół tego jednego miejsca.

M. Z.: No tak, ale nikt też z kolei za bardzo z Warszawy do Bydgoszczy się nie przeprowadzi.

Ł. J.: No nie, wiadomo, ale to są jakby inne już czynniki, ale jak teraz spędziłem trochę czasu w Warszawie i chodziłem do warszawskiego Mózgu, to odniosłem wrażenie, że jest taka grupa ludzi, którzy naprawdę zaczynają chodzić do Mózgu. Te koncerty, które tam się odbywały jakoś tak fajnie działają. Jest taka grupa ludzi, którzy nie są związani z Mózgiem, nie jest to taka ekipa jak tutaj, że po koncertach siedzimy przy barze i wszyscy się znają, ale przychodzą tylko na koncert i po koncercie wychodzą, co może nie jest pozytywne w takim znaczeniu, że tam knajpa nie żyje dłużej niż na czas koncertu, ale z drugiej strony jest taki pozytyw, że przychodzą właśnie tylko posłuchać, siadają i słuchają od deski do deski koncertu.

M. Z.: No tak, ale to jest pytanie o zasadność takiego miejsca. Swego czasu gadałem ze Sławkiem i on powiedział mi, że właśnie tak się dzieje, że ludzie przychodzą właśnie na te koncerty, ale wychodzą od razu po. Nikt nie zostaje, żeby posiedzieć, pogadać, wypić piwo, poczuć klimat albo budować klub w zasadzie. To przypomina mi trochę ten nowojorski klub Zorna, który się nazywa The Stone. Tam nie serwuje się żadnych napojów, w trakcie koncertu nie można korzystać z toalety i nie można tańczyć. Pytanie czy takie miejsca powinny zmierzać w tym kierunku, że faktycznie przychodzisz na koncert, jesteś totalnie skupiony, budzi to twoją uwagę i tylko o to chodzi, po czym idziesz sobie gdziekolwiek indziej.

Ł. J.: Myślę, że to nie jest nic złego, bo jeżeli muzyka ma być najważniejsza, to mamy to, czego chcieliśmy. Koncert i po prostu taka purytańska sytuacja.

M. Z.: Niby tak, chociaż przyznasz, że w tym bydgoskim Mózgu nigdy tak nie było.

Ł. J.: No nie, ale wydaje mi się... Nie wiem jak jest w tym klubie Zorna, ale to co mówisz, to może być przejaw takiej mody, że szuka się nowych rozwiązań na działanie klubu, żeby to się różniło od innych klubów, więc takie radykalne rozwiązania mogą być modne w Warszawie, bo tam już ludzie opatrzyli się ze wszystkimi różnymi formami klubów od Eufemii po Dwa Osiem czy tam jakieś kluby w Pałacu Kultury i taka formuła może być atrakcyjna, ale to tylko na zasadzie jakiejś przejściowej mody, bo wydaje mi się, że potem ludzie i tak będą chcieli znowu takiego życia barowego...

M. Z.: ... czyli takiego miejsca, do którego przychodzisz na koncert i nie na koncert, żeby sobie pobyć, poczuć ducha miejsca. Niejeden twierdzi, że w Mózgu jest coś wyjątkowego.

Ł. J.: Tak, ale to może być też dobry sygnał dla nas, dla Mózgu, żeby też iść z duchem czasu i też czasami jakby łapać trendy, które są. Mózg to też jest miejsce, które zajmuje się dostarczaniem rozrywki, jest to branża rozrywkowa, knajpiana. Czasami miałem wrażenie, że Mózg czasami jest trochę oporny, jeżeli chodzi o łapanie jakichś tam trendów. Ten radykalizm, o którym mówiliśmy wcześniej, mógł też czasami powodować, że pewne rzeczy można było wcześniej zrobić albo na pewne rzeczy można było wcześniej wpaść. Promocyjnie czy jeżeli chodzi o jakieś rozwiązania na działanie klubu. W Bydgoszczy były takie próby i to być może była wina bardziej miasta niż samego klubu. Miała powstać restauracja działająca w ciągu dnia, były ogródki Mózgowe, to wszystko najpierw działało, potem nie działało. To jest pewnie już tak, że Bydgoszcz nie jest najłatwiejszym miejscem do spełnienia marzeń.

M. Z.: No tak, ale z jednej strony dużo knajp, zwłaszcza z jedzeniem, upadło w Bydgoszczy, natomiast jeśli chodzi o kluby muzyczne, to na przykład w Warszawie zdechło znacznie więcej klubów.

Ł. J.: To prawda, łącznie z Pardon, To Tu, który gdzieś teraz odpadł, a był moment, że to naprawdę było silne miejsce.

M. Z.: Też jest taka tendencja, że każdy z tych klubów, jak fajny by nie był, wytrzymuje kilka lat i potem siada.

Ł. J.: Do końca nie wiem dlaczego tak jest, bo do końca nie znam tej specyfiki, ale pewnie częściowo chodzi o duże zagęszczenie klubów, silną konkurencję i kapryśną publiczność. Na szczęście bydgoska publiczność nigdy nie była aż tak kapryśna, dzięki temu Mózg nadal istnieje (śmiech). No ale tutaj wszyscy ciągnęli jak ćmy do lampy, bo to jest jedyne miejsce, gdzie się można poczuć swobodnie, jeżeli ktoś jest odklejony od życia w takim średniej wielkości mieście. Potem jest pokusa, żeby więcej doznać, więc kolejnym krokiem jest Warszawa, potem jest Berlin i ten, kto sobie poradzi, jedzie do większej metropolii, co jakby świadczy dobrze o Mózgu. Oferta artystycznie zawsze dążyła do jakości z najwyższej półki. Zespoły, które grały jednorazowe koncerty w Polsce, zahaczały o Bydgoszcz.

M. Z.: Chciałem cię jeszcze na koniec zapytać o jedno. Nosisz się z zamiarem wyprowadzki do Warszawki (śmiech). Chciałem cię zapytać o to, jak widzisz swoje plany? Zamierzasz tu przyjeżdżać?

Ł. J.: Jeśli będę zajmował się muzyką, to będę musiał i chciał tu przyjeżdżać, ale też nie wiem na sto procent czy się wyprowadzę. W dzisiejszym życiu takich jak my nic nie jest pewne. Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu, nie? Taki jest plan, ale jeżeli bym wyjechał, to na pewno będę tutaj wracał na każdą próbę, jaka się nadarzy, bo te próby będą tutaj się odbywać, są ludzie, którzy są tutaj zakorzenieni bardziej. Dwa, że jest ten Mózg warszawski na szczęście i tam można działać na dwa fronty dzięki temu.

Przypis bibliograficzny
Zieliński, Mikołaj i Jędrzejczak, Łukasz, “AKADEMIA SZTUK WSZELAKICH,” MÓZG archiwum, Dostęp 17 listopada 2019, http://archiwum.mozg.art.pl/items/show/2464.
Relacje między zasobami

Zasób nie ma zdefiniowanych relacji