Przeskocz do głównej zawartości
Identyfikator
R19t001
Typ
Data
Tytuł
Duchowość to nie śliwki, których możesz narwać pełen kosz

Duchowość to nie śliwki, których możesz narwać pełen kosz

Duchowość to nie śliwki, których możesz narwać pełen kosz

Opis

14 Mózg Festiwal w Warszawie

Tekst

Sztuka w czasach kiedy nie da się juz niczego zanegować, prekursorzy w zaułku, świat z kryzysem sensu, czy jest jakiś obiektywny powód aby w XXI wieku zajmować się sztuką eksperymentalną?

Sławek Janicki proponuje festiwal egalitarny, festiwal nie gwiazdorski, i nie amatorski, ale którego miarą w 2018 roku stało się hasło „duchowość jest powszechna”. Autor hasła, artysta malarz, poeta, i przyjaciel Janickiego Krzysztof Gruse wyjaśnia:

„ (…)
Duchowość to nie śliwki
Których można narwać pełen kosz
i zrobić z nich słodki dżem
Duchowość jest powszechna i niedostępna w swej powszechności
I proszę się nie denerwować
To dobra wiadomość”

14 Mózg Festival, bo o nim mowa, jest jak „dzieło otwarte” Umberto Eco, „które podejmuje, w całej jego złożoności, zadanie przekazania nam obrazu nieciągłości: nie opowiada o niej, lecz jest nią”.

Obraz nieciągłości to jedna historia, inna zaś dotyczy tego który tę nieciągłość obserwuje. Kim jest widz? Zadaję sobie to pytanie, ponieważ rozmawiałam ze Sławkiem o jego festiwalach i zawsze podkreślał że sztuka istnieje w relacji. Festiwal który świadomie pragnie zbudować relację z widzem jest dla mnie nowością. Nie chodzi tu o pozyskanie widza, targetu czy elitarny krąg, nie o transakcję pewnych usług ale o zbudowanie małej społeczności festiwalowej, w której się dzieje sztuka. Wszak, jak mówi genetyka, muzyka zastąpiła homo sapiens iskanie - budulec zaufania, którego istnienie warunkuje przetrwanie naszego gatunku. Aby nastąpiło tego rodzaju subtelne zbliżenie, nie wystarczy zachwycać widza kolekcją barwnych czy cennych prezentacji, ale oswoić go specyficznym nastrojem czy to wolności, czy to przystępności, brakiem barier, egalitaryzmem właśnie. I tym uwodzi Mózg Festival - to nie wyłącznie muzyka, ale sposób zachowania artystów, poziom pasji, autentyczności, to zaproszenie do intymnego spotkania, przyjaźni, celebracja wolności.

Z prezentowanych na festiwalu wydarzeń chciałam przedstawić kilka tych, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Pierwszy to performance w wykonaniu Johna von SturmeraKrzysztofa Gruse i Sławka Janickiego. Słowa „wewnętrzna koncentracja” najlepiej określają nastrój tego performansu. Jego osią główną był centralnie usadowiony brodaty poeta, za którego plecami na ekranie emitowany był film, w którym on sam pląsa po plaży z tasiemką łączącą go jak pępowina z oceanem. Po obu stronach Johna von Sturmera symetrycznie kontrabas Janickiego i Gruse czytający swoje wiersze. W tle słyszymy hipnotyzujący głos Johna:

„My brother lies on his death bad / mój brat leży na łożu śmierci
In three hours he will be dead 
/ umrze za 3 godziny
The body aghast already 
/ ciało już przerażone
mouth open
 / usta otwarte
Breathing his last 
/ jego ostatni oddech

Słowa przywołujące obrazy, nie opowiadające historii, nie dajce odpowiedzi, słowa które zostawiają ślad i które śladem pozostaną, nie prowadząc do nory stworzenia które je zostawiło, słowa impresje, słowa sploty znaczeń, w osnowie kontrabasowych szelestów i flażoletowych mgieł.

„Dzianie się” czyli przestrzeń performatywna w warszawskim Dziku stanowiła kontynuację tytułowego hasła „duchowość jest powszechna”. W interesującej przestrzeni oryginalnych wnętrz willi z lat 20 usadowili się trzej performerzy. „Poetry room” Johna von Sturmera, instalacja Krzysztofa Gruse i performance Wojciecha Kowalczyka, zakomponowały trzy przestrzenie do trzech odmiennych sposobów przeżywania. Gruse czasem siedział z ludźmi na kanapie i po prostu rozmawiał z nimi, w otoczeniu własnych obrazów, wierszy i filmów, John umościł się w aurze australijskich slajdów z Aborygenami i filmu, rysując i dzieląc się własną poezją. W swoim charakterze te przestrzenie emanowały intymnościa pracowni artysty, do której można było wejść i osobiście poznać twórcę oraz to nad czym teraz pracuje.

Performance Wojciech Kowalczyka, z czytelną symboliką - biały i czerwony but, waga, były jedynym chyba festiwalowym komentarzem aktualnej rzeczywistości politycznej: dualizm, równoważnia, balansowanie na krawędzi, nasze pochodzenie. W tradycji sztuki performance komentarze dotyczące procesów społecznych w obszarach kultury, polityki i religii, zawsze były istotnym elementem ogólnego dyskursu.

Psychodeliczno-transowe Jaząbu, czyli Wojciech Jachna, Tomasz Glazik, Marek Kądziela i Jacek Buhl to eksplozja energii, która płynie pasmami motywicznymi ustawicznie rozmontowywanymi, zakrzywianymi i zaburzającymi pojawiający się gdzieniegdzie porządek. Fala dźwiękowa przypominała nie do końca sprawny pojazd którego mechanizm jakimś cudem jednak pcha go do przodu, po jakimś czasie ze zdumieniem przyzwyczajamy się do jego zgrzytliwości i zauważamy ze podróż jest płynna, i nic złego nam nie grozi.

W podobnym klimacie, jednak brzmieniowo odmienne było trio saksofonowo-klarnetowe Vandermark / Trzaska / Górczyński, barwowo dodatkowo intrygujące ze względu na użycie saksofonu barytonowego, klarnetu basowego i kontrabasowego. Muzycy prezentowali szeroką paletę możliwości instrumentów, zahaczając o sonorystyczne techniki wykonawcze, zaś jednorodność brzmieniowa dała w efekcie ciekawą przestrzeń muzyczną, stapiając w jednej spójnej narracji trzy indywidualności.

W innej przestrzeni, w Laboratorium Zamku Ujazdowskiego, Agnes Hvizdalek wystąpiła z solowym koncertem wokalnym, prezentując zdumiewające umiejętności głosowe, których efekty- na pograniczu niezwykłych odgłosów natury i szmerów syntezatorowych - zrobiły na publiczności piorunujące wrażenie.

Duet z Litwy, czyli zapowiadające się niezwykle ciekawie Metroscan, pokazał wyjątkowo starannie przygotowany projekt audiowizualny. Artyści wyjaśniali w programie festiwalowym iż „obrazy (video) opierają się na konwersji danych bieżących dźwięków w obrazy, które są odtwarzane w czasie rzeczywistym”. Atrakcyjne grafiki i starannie skomponowany bank barw, przemyślana forma nie wystarczyły jednak, by zbudować istotny emocjonalnie przekaz. Odnosiło się wrażenie, ze duet ostatecznie sprowadził sens metropolii do zachwytu strukturalizmem planu komunikacji miejskiej. Chociaż, być może, prezentowany w innym otoczeniu ten symetryczny świat zabrzmiałby zupełnie inaczej? Na ich tle bowiem żywiołowość, rodem z muzyki rockowej, duetu Noonward stanowiła kolosalny skok gatunkowy. Alex Ward i Sean Noonan przez większość występu prezentowali wariacki łomot, starając się aby elementy liryczne broń boże nie przedostały się do ich egzaltowanego jazgotu.

Także teatralne, ze starannie przygotowanym światłem - instalacją archaicznych technologii, (z których czasem dymiło), ostre i zdecydowane dźwiękowo, z wyrazistą akcją Li-Ping Ting, Sightings, oddziaływało jakimś francuskim buntem, hardością, nastawieniem na ekstremum, mocne przeżycie, i wzmocnione pierwiastkiem dalekiego wschodu, krzykiem, budowało obraz spójnego dada-światu do którego za sprawą ciemności i światła, jakby przez szparę, czy dziurkę od klucza, mogliśmy zaglądać.

Chwilę innego nastroju dali nam Gąsiorek i Osgood, którzy odrzucili wszelkie koturny i sublimacje, a lekkość dowcipu potężnej sylwetki gibkiego Krestena (korpulentny muzyk nie tylko minami ale i tańcem urozmaicał swój występ) stanowiła przyjemny oddech od napięć freejazzowej narracji, tchnęła świeżością w lekko zatęchły świat zblazowanej dekadencji. Inteligentne wygłupy spowite gęstą siatką perkusyjnych postukiwań i szmerów (wśród nich dźwięki zabawek dziecinnych) wyglądały jak eksperymentowanie muzyków z regresją do nieskażonej świadomością, dziecinnej, naiwnej i rozczulającej radości poznawania świata.

Eli Keszler & Rashad Becker są dla mnie twórcami, których muzyka zupełnie inaczej brzmi na nagraniu niż na koncercie. Magia jaką wytworzyli miksując nie do końca rozpoznawalne odgłosy, dała mi przestrzeń dla domysłów i stworzenia silnego przekonania, że artyści są świadomi treści emocjonalnych jakie przekazują w swojej grze. Moją perspektywą podczas koncertu, było wrażenie, ze oto jesteśmy na orbicie ziemskiej i z dużego oddalenia przyglądamy się ludzkości, czasem słyszac po prostu hałas ruchu ulicznego, codzienności miast, czasem odbierając dokładniej jakąś wiekszą tragedię społeczeństw, dramat, który jest nieunikniony i z którym nic nie możemy zrobić, prócz przyglądania się mu.

Znakomity Supersilent jest kolejnym przykładem, jak bardzo przestrzeń koncertu i wydawanych płyt może być odległa. Moc, piękno, bogate brzmienie i niewątpliwa wirtuozeria wykonawcza, podporządkowane były konwencjonalnej estetyce muzycznej. Zaskakujące, w porównaniu do tego, co można usłyszeć na ich wydanej w b.r „14tce”. W Laboratorium Zamku Ujazdowskiego muzycy uwodzili rozkosznym powabem i co raz to prezentowali nową odsłonę piękna i przyjemności. Można było przypuszczać że znaleźliśmy się w raju, gdzie dysonans ma wstęp jedynie jako środek wzmocnienia przeżyć i wprowadzenia nas na wyższy poziom iluminacji.

Osobną jakością były odbywające sie w czwartek i piątek showcase’y wydawnictw muzycznych: Pointless Geometry (nowo powstała, warszawska wytwórnia prowadzona przez Darka Pietraszewskiego i Katarzynę Królikowską, zorientowana na muzykę improwizowaną, eksperyment i brzmienia elektroniczne) i Dym (niewielkie wydawnictwo z Gorzowa Wielkopolskiego, promujące również współczesny eksperyment i elektronikę). Świeże brzmienia w intensywnej, kolorowej oprawie wizualnej stworzyły na dwie noce z Dzika pulsującą nowością, ambitną przestrzeń dźwiękowych poszukiwań, które cieszyły się ogromną popularnościa, tłum słuchaczy bawił się świetnie do białego rana.

W festiwalu można było również obejrzeć maraton filmowy, „Sherlock Holmes i ludzie jutra”, w reżyserii Tomasza Gwincińskiego oraz „Zen for nothing”, Wernera Penzel’a, co ciekawe oba filmy związane z muzyką, bowiem Gwinciński - kompozytor i uczeń Bogusława Schaeffera - formy muzyki współczesnej przełożył na współczesną narrację filmową, zaś Werner Penzel znany jest w środowiskach muzyków improwizujących jako twórca legendarnego filmu „Step across the border” z 1990 roku. Hipnotyczny, niepokojący „Sherlock”, za pomocą alegorii i w nieoczywisty sposób, ze szczyptą abstrakcyjnego humoru, szkicuje proces kształtowania się dojrzałego artysty. W kulminacyjnym momencie padają słowa „w tym świecie albo grasz albo giniesz”. Ten niepokój i atmosferę walki neutralizuje zupełnie inna filozofia płynąca z obrazu „Zen for nothing”, gdzie w odosobnieniu, poza światem sztuki z którego młoda aktorka na rok się wycofała, banalnymi czynnościami, irytującymi (początkowo) rytuałami i ciszą bohaterka dociera do siebie samej, a widz wraz z nią kontempluje spokój i prostotę.

Harry Lehman twierdzi, ze W XXI wieku nie można sobie pozwolić na stabilność. I na 14MF jej nie ma. Improwizacja nas nie prowadzi, nie reguluje pojmowania świata, za to hartuje do bycia zaskakiwanym i nieprzygotowanym, do działania i obserwowania bez planu, bezzałożeniowo, uelastycznia umysł, uczy przyjmowania tego co nieznane zachowując równowagę psychiczną. Chaos i nieporządek jako pole działania w improwizowanych wydarzeniach, intuicja jako instrument organizowania tego chaosu w dzieło.

Przypis bibliograficzny
Jędrzejewska, Anna, “Duchowość to nie śliwki, których możesz narwać pełen kosz,” MÓZG archiwum, Dostęp 17 listopada 2019, http://archiwum.mozg.art.pl/items/show/2534.
Relacje między zasobami

Zasób nie ma zdefiniowanych relacji