Przeskocz do głównej zawartości
Identyfikator
R17t014
Data
Tytuł
CZUĆ SIĘ NA SCENIE JAK RYBKA W WODZIE
Etykiety

CZUĆ SIĘ NA SCENIE JAK RYBKA W WODZIE

CZUĆ SIĘ NA SCENIE JAK RYBKA W WODZIE
Tomasz Pawlicki, jako Pana Pianino z sesji fotograficznej w Kawiarni Atrystycznej Węgliszek w Bydgoszczy  (fot. ZbyZiel)

Opis

Z Tomaszem Pawlickim rozmawia Mikołaj Zieliński

Tekst

Mikołaj Zieliński: Byłeś wśród ludzi, którzy składali się na środowisko współtworzące klub Mózg od samego początku. Jak po latach postrzegasz ten czas? Jaki miało na ciebie wpływ powstanie Mózgu?

Tomasz Pawlicki: Jest to niełatwe pytanie, ale myślę, że odpowiedzi na nie można przyporządkować do paru torów. Powiem może o jednym z tych torów, o których myślę. Przypominam sobie taki moment jakichś dużych zmian. Wiadomo – to było po roku '89, więc ogólnie działalność kulturalna zaczęła przybierać nowe twarze, bo do tej pory bardzo mało było miejsc, w których się skupiała jakaś energia ludzi, którzy chcieli coś nowego tworzyć i pokazywać. Mi ogólnie bardzo się spodobała idea, jaka powstała w Bydgoszczy. Tutaj zrobię dygresję – nie jestem Bydgoszczaninem i trochę znam klimaty różnych miast, ale Bydgoszcz na mnie zrobiła takie wrażenie, że jest coś takiego w tym mieście, co samo w sobie generuje początki ważnych rzeczy. Wydaje mi się, że Bydgoszcz jako pierwsza sprowokowała do takich jakby innowacji i mówię tutaj też o klubie Mózg. W Mózgu można było się pokazać z różnymi swoimi gustami muzycznymi. Było to oczywiście filtrowane, bo nie było tam disco polo ani, powiedzmy, sztuk przez nieduże „s”, ale można było właściwie sobie fajnie zaplanować jakąś nową przygodę ze sztuką. Mówię tak dlatego, że tam była jakby taka przystań dla muzyków, performerów, plastyków, pisarzy, też poetów, którzy mieli duży zawał przed czasem, że tak powiem, tej odwilży. Tutaj poeci mogli ewoluować. Szczególnie przypadł mi do gustu Krzysiu Gruse. Takich jak on kiedyś nazywałem mistrzami sztuk wszelakich. Z racji tego, że nie można wszystkiego robić naraz, on najmniej się udzielał muzycznie, aczkolwiek był takim zapalnikiem do wielu działań, dzięki swojej mentalności, którą można było odczuć w jego twórczości malarskiej, tekstowej. Był jednym z założycielem tej słynnej Szkoły Bydgoskiej. Kończąc może dygresję odnośnie tego toru – ja się odnalazłem w Mózgu przez to, że odczuwałem, że się duszę, nie mam jakiegoś swojego miejsca, bo po wyedukowaniu się muzycznym w Akademii Muzycznej poczułem, że to jeszcze nie jest wszystko co ja po prostu chcę robić. Nie miałem tam miejsca, żeby działać na polu twórczym. Ja właściwie wyedukowałem się na muzyka instrumentalistę, odtwórcę. Natomiast w Mózgu poczułem ten moment, w którym mogę się jakoś spełnić twórczo. To coś fajnego, co zaczęło spajać tych ludzi okołomózgowych, to była chęć improwizowania, czyli po prostu traktowania muzyki w celu wyrażania swoich emocji, uczuć, przekazywania i dzielenia się swoimi muzycznymi predyspozycjami. Można to przyrównać do takiego zjawiska, jakie zaistniało w Odrodzeniu, czyli ci, którzy się dusili, sięgnęli do Antyku i otworzyło im to jakiś wentyl. Myślę, że tak właśnie było z tym klubem.

M. Z.: Czy przypominasz sobie jakieś specyficzne zdarzenie artystyczne czy też pozaartystyczne, które miało miejsce w klubie lub odbyło się w ramach jego działalności, a które z perspektywy czasu wpłynęło na twoją drogę artystyczną czy też twój rozwój?

T. P.: Nie muszę nawet długo szukać. Takie zdarzenie miało miejsce w momencie, gdy moje drogi skrzyżowały się ze szwajcarską pianistką Sylvią Courvouiser i, że tak powiem, na własną prośbę po raz pierwszy wypuściłem się na szerokie wody improwizacji. Ten koncert pamiętam szczególnie. Wówczas poczułem właśnie taki posmak wydarzenia artystycznego. Wiadomo, że chodziło o muzykę improwizowaną, ale akurat udało mi się spotkać z pianistką, o której nie wiedziałem zbyt dużo. Mogłem oczywiście wcześniej posłuchać jej muzyki, ale przyznaję się, że tego nie uczyniłem. Dopiero wieczór, podczas którego mieliśmy coś wspólnie do przekazania publiczności, wywarł na mnie dość duże wrażenie i był dla mnie taką inicjacją do tego, żeby się czuć na scenie coraz częściej jak rybka w wodzie. To jest stan w takim klimacie, że wychodzę na scenę i nieprawda, że nie mam przygotowania, nie mam tam jakichś kredek o tych czy innych kolorach czy nie mam jakiejś kartki w linię czy w kratkę. Mogę kombinować, bo mam bardzo duże zaplecze i duży zasięg do wyrażania tego, co chcę ważnego przekazać. Jednocześnie jest wówczas obecny pewien dreszczyk emocji, który działa tak, że człowiek się w jakiś sposób spręża, aby wycisnąć z siebie jak najwięcej. Przypomina mi się również John Rose i orkiestra, którą on stworzył z muzyków zarówno bydgoskich, jak i ogólnopolskich. Premiera tego zjawiska miała miejsce w plenerze, w takim namiocie na bydgoskiej Wyspie Młyńskiej, na której swego czasu Mózg miał również swój ogródek.

M. Z.: Tak, kojarzę. To było w roku 2000 podczas festiwalu Konstrukcja w Procesie.

T. P.: Zgadza się.

M. Z.: Ok, wróćmy do teraźniejszości. Ostatnimi czasy nie bywasz w klubie zbyt często, a jak już, to wpadasz na chwilę. Masz jednak na pewno w jakimś stopniu ogląd tego, co się obecnie w klubie dzieje, więc możesz mieć możliwość porównania tego z przeszłymi działaniami. W jaki sposób to postrzegasz?

T. P.: Od razu powiem to, co mi przyszło do głowy, gdy o to zapytałeś. Dla mnie Mózg jest takim jakby wielkim misiem, który zapadł w sen zimowy. I może się pakuje coś do tych spiżarni, jakiś miodzik. Natomiast porównanie... Mój syn, który należy do najmłodszego pokolenia ludzi przychodzących do Mózgu, czasami przychodzi na koncerty, spotyka się z ludźmi w tym miejscu. No i według mnie Mózg jest w obecnym momencie w oczach tych młodszych pokoleń trochę takim zamkniętym rozdziałem, przychodzi się do niego jak do biblioteki. "Poproszę rocznik ten i ten albo kilka zdań czy parę dźwięków z tamtego czasu". Dla mnie to nie jest za dobre, ale zobaczymy, ile to potrwa. Mam na myśli takie wrażenie, że właściwie to miejsce już okrzepło, ale trzymam kciuki, aby nie odpadło w ogóle z gry. Myślę, że tak nie będzie, aczkolwiek żeby coś tam się poderwało do walki, trzeba by było młodych ludzi z bardzo silnymi osobowościami, którzy coś tam mają do przekazania albo może jakichś nowych sytuacji, które by przypomniały, że są po prostu jeszcze jakieś rzeczy do zrobienia. Mam nadzieję, że coś drgnie, bo póki co mam wrażenie, że jest to właśnie w takim śnie, zamrożeniu w lodzie, hibernacji. No ale ja i tak jestem w szoku, że coś takiego, jak ten klub, utrzymało się przez tyle lat, bo naprawdę znam dużo takich miejsc, które były efemerydami. Rach-ciach i po krzyku – towarzystwo odchodziło z tych miejsc. Widocznie nie było w nich jakiegoś klimatu, jakiegoś ognia. No i takich miejsc w Polsce było wiele, mogłem to zaobserwować koncertując tu i ówdzie. Mogę powiedzieć jeszcze coś innego. W momencie, gdy spotykałem ludzi o podobnej wrażliwości czy chęciach robienia czegoś podobnego, zbierania ludzi, którzy improwizują, to przez tych ludzi zawsze Mózg był znany i stawiany na wysokiej pozycji. Zresztą nadal jest, bo ma spory dorobek, który jest nie do wymazania.

M. Z.: No tak, choć to zapewne zwykle jest perspektywa ludzi spoza środowiska Mózgowego, a zapewne również spoza miasta. Inną natomiast kwestią, która mnie ciekawi jest wpływ działalności klubu na przestrzeni lat na lokalną społeczność. W końcu często Mózg starał się wychodzić poza swoje mury.

T. P.: Myślę, że można nawet tak górnolotnie powiedzieć, że, tak jak kiedyś się mówiło, że pierwszy lepszy przechodzień usłyszał muzykę, której nie rozumiał, ale padało hasło "Penderecki", to mimo że dla niego to nie miało sensu i było kakofonią, to szacunek był. No i w tym mieście jest podobnie z Mózgiem, że ludzie z jednej strony mówią niby drwiąco: "Ach Mózg, Mózg...", a z drugiej strony jakby mówili przy okazji: "Niby tak mówię, ale może też kiedyś zrozumiem o co im tam chodzi. W końcu musi o coś tam chodzić, skoro ludzie tam chodzą i jest cały kult wokół tego, wielka spuścizna i tysiące koncertów". Właśnie tak jak Penderecki był kiedyś synonimem czegoś, czego się po prostu nie rozumie, ale ma się do tego szacunek. Poza tym bardzo dobrzy muzycy wyrażają szacun dla tego miejsca. Sam znam paru takich instrumentalistów, jak to się mówi, wyścigowców, którzy w którymś momencie życia zwolnili tempo, gdzieś wrócili czy skręcili w lewo, w prawo, poszli w tył, w przód, ale swoje drogi otarli o klub Mózg z tego powodu, że to miejsce generuje refleksję nad tym co w ogóle jest ważne, co się robi samemu. Myślę zatem, że jeśli chodzi o odbiór, to sytuacja jest raczej pozytywna. Miejsce musi się jednak jeszcze trochę obudzić. Ja dokładnie stuprocentowo nie mam pomysłu na to, jak to ma być, ale myślę, że tak będzie na pewno, bo w końcu różne się rzeczy dzieją.

M. Z.: Możesz mieć rację. Zwłaszcza, że kolejny Mózg Festival też może nieco namieszać i pobudzić do działania. Możemy tę naszą rozmowę zwieńczyć takim pytaniem: Jak ty się obecnie czujesz jako artysta i twórca?

T. P.: W ostatnim czasie miałem trochę próblemów zdrowotnych i jest to taki aspekt, który nieco zmienia myślenie człowieka. No i pomyślałem sobie, że właściwie to jeszcze mam czas na to, żeby coś zrobić w tym klubie. I szuflady pełne, i w głowie jeszcze coś tam jest. Mam taką możliwość, bo muszę odpuścić tempo i nieco zwolnić, ale to się też przydaje, bo człowiek w takim momencie ma nieco inne postrzeganie. Wiadomo, przy bardzo dużej prędkości wszystko się zaciera, a tu taki malutki człowieczek coś tam podejrzy, przyklęknie (śmiech), więc myślę, że coś jeszcze się w tym klubie zadziała...

Przypis bibliograficzny
Zieliński, Mikołaj i Pawlicki, Tomasz, “CZUĆ SIĘ NA SCENIE JAK RYBKA W WODZIE,” MÓZG archiwum, Dostęp 17 listopada 2019, http://archiwum.mozg.art.pl/items/show/72.
Relacje między zasobami

Zasób nie ma zdefiniowanych relacji