Przeskocz do głównej zawartości
Identyfikator
R17t013
Data
Tytuł
RODZYNEK W MORZU NIE WIADOMO CZEGO
Etykiety

RODZYNEK W MORZU NIE WIADOMO CZEGO

RODZYNEK W MORZU NIE WIADOMO CZEGO

Opis

Z Jackiem Buhlem rozmawia Mikołaj Zieliński

Tekst

Mikołaj Zieliński: Jakie znaczenie ma dla ciebie klub Mózg?

Jacek Buhl: Najtrudniej jest odpowiedzieć na pytanie, którego tematem jest taka rzecz lub może sytuacja, w której jesteś ciągle. Myślę, że łatwiej byłoby odpowiedzieć na przykład na pytanie, jakie znaczenie miała dla ciebie jakaś tam książka, film, który obejrzałeś czy jakaś podróż. To jest jednak pytanie o coś takiego, co jest elementem mojego życia i nie wiem za bardzo jak się do tego odnieść. To po prostu jest, właściwie już niemalże od kilkudziesięciu lat. To się stało elementem mojego funkcjonowania. Jakie to ma znaczenie? Hehehe… no…

M. Z.: Zdaję sobie sprawę, że trudno odpowiedzieć na to pytanie. Zastanawiałem się też czy nie podejść do sprawy niejako przez negację, czyli na przykład: czy wyobrażałeś sobie kiedyś, że to miejsce nigdy nie powstało?

J. B.: Do tego stopnia, żeby w ogóle nie powstało, to nie, ale kilka czy kilkanaście lat temu, była taka rozmowa między Sławkiem a Jackiem [Janickim i Majewskim], że może by to zamknęli, a może by to przenieśli w inne miejsce i pamiętam, że miałem wówczas takie momenty paniki – że: Jak to?! Wiadomo, że chodziło o miejsce do ćwiczenia, do grania, ale też miałem takie odczucie, że coś nagle z tego życia zostanie zabrane i to coś jednak ważnego. Nie ma co ukrywać i się oszukiwać, jest to istotny element mojego życia. Jest to dość prozaiczna rzecz – chodzi o muzykę. Wydarzyło się tutaj tyle rzeczy istotnych z mojego punktu widzenia, że to jest nie do przecenienia. Możliwość zobaczenia na żywo tylu zespołów, muzyków istotnych, ważnych i kreatywnych, którzy może nie tyle są ikonami, co po prostu bardzo dobrymi muzykami, była niesłychanie ważna.
W dalszym ciągu jest, bo Mózg istnieje już tyle lat, a cały czas stara się ten poziom muzyczny trzymać. Wiadomo, że teraz jest totalnie inna sytuacja niż ta, która była na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to miejsce powstawało. Jest coś takiego jak Internet, jak YouTube i wszystko masz na kliknięcie.

M. Z.: To właśnie też jest jednym z takich zagadnień, nad którymi ostatnio się zastanawiałem, a mianowicie: w momencie, kiedy Mózg powstawał, byłem dzieckiem i nie zdawałem sobie sprawy z istnienia pewnych zagadnień zarówno mikrospołecznych, jak i makrospołecznych, bo w zasadzie jakże miałoby mnie to obchodzić? Natomiast ty, jak i społeczność, która współtworzyła to miejsce mieliście tego świadomość. Jestem ciekaw jak po tych dwudziestu trzech latach funkcjonowania klubu oceniasz jego wpływ na społeczność lokalną? Czy to się na coś przekłada? Jak to jest?

J. B.: Przez ostatnie kilka lat ten temat był ciągle wałkowany. Jaki to ma wpływ na lokalną społeczność? Myślę, że słaby. Myślę, że jeżeli chodzi o bydgoszczan, to oni są bardzo uodpornieni na promieniowanie Mózgu, myślę, że na promieniowanie swoich mózgów może też (śmiech). Nie wiem jak to powiedzieć, żeby też nikogo nie urazić, ale jest to jak jakiś rodzynek w morzu nie wiadomo czego, szczęście-nieszczęście. Wiadomo, to szczęście, że takie miejsce jest w Bydgoszczy. Może gdyby funkcjonowało w jakimś innym, większym mieście w Polsce, to wszystko by jakoś lepiej działało, przychodziłoby więcej ludzi, stałoby się miejscem bardzo popularnym. Może jednak w tego typu mieście byłoby po prostu miejscem jednym z wielu, a tutaj, mimo tego, że już tyle czasu upłynęło, to jest to jednak miejsce wybitne. Jest tak przede wszystkim przez rodzaj sztuki, który prezentuje. Może jednak taki pesymistyczny obraz nie jest całkowicie prawdziwy. W końcu grono ludzi, muzyków młodszych i starszych miała możliwość zetknięcia się tu ze sztuką na bardzo wysokim poziomie i na pewno to na nich jakoś oddziaływało. Wojtas Jachna, z którym gram, a zresztą wielu chłopaków, opowiada swoje przeżycia, takie pierwsze kontakty z Mózgiem, oglądanie koncertów na żywca wtedy, kiedy powstawała czy już funkcjonowała scena yassowa, koncertów Miłości, Tymańskiego, Mikołaja Trzaski itd. To były rzeczy nie do przecenienia. Ktoś sobie grał gdzieś i potem przychodził do Mózgu, w którym takie śmiałe rzeczy się działy – to było coś! Janusz Zdunek, Tomek Glazik, różne pierwsze kontakty – to było szokujące.

M. Z.: Domyślam się. Tu dochodzimy do innej sprawy – na pewno ci się zdarzyło, że ktoś, kto dawno nie był w klubie, pojawia się po latach i usłyszałeś zdanie, że to już nie jest ten sam Mózg, co kiedyś. Jak byś się do tego odniósł? Zaobserwowałem, że to są ludzie w różnym wieku, nie tylko tacy, którzy tu siedzieli przez jakiś czas i wyjechali, ale też tacy, którzy się otarli o klimat miejsca, byli kilka razy i odczuli jakąś magię, po czym trafiają na imprezę, której kiedyś być może by nie było i wówczas słyszysz właśnie, że "to już nie ten Mózg". Jak to widzisz?

J. B.: To może bardziej jest problem tych osób. Nie do końca wiem, jak na to odpowiedzieć. Jakiś miesiąc temu był w klubie mój syn ze swoją dziewczyną, która pochodzi z Warszawy, a teraz są oboje w Poznaniu. Ona z kolei mówi odwrotnie – że gdyby w Warszawie było takie miejsce, to ciągle by było pełno ludzi i nie wiadomo co by się tam działo i że to jest takie niesamowite, że tutaj coś takiego jest, a tam nie. Wiadomo, że upłynęło ileś tam lat i nic nie jest do końca takie samo.

M. Z.: Czas nie stoi w miejscu.

J. B.: Czas nie stoi w miejscu, muzyka nie stoi w miejscu. Być może kiedyś Sławek i Jacek faktycznie trzymali się bardziej tego, że w klubie nie było muzyki stricte rockowej czy elektronicznej. Miałem nawet taki epizod roku stania za barem i wówczas za owym barem była jakaś taka muzyka improwizowana, jassowa, czy muzyka freejazzowa i ludzie strasznie wówczas byli katowani (śmiech)… "Dobrze, dobrze! Trzymaj, trzymaj!" No ale ludzie, którzy wówczas przychodzili do baru, przypadkowi klienci mówili tylko: "Weź to wyłącz, człowieku!" Muzycy typu Ellery Eskelin, Ornette Coleman, John Zorn – poziom jakby wysoki, ale dla kogoś, kto wpadał napić się tylko piwa, było to nieznośne.

M. Z.: Właściwie to nadal pokutuje po dziś dzień. Zjawiają się ludzie przypadkowi i – weź to wyłącz.

J. B.: Pamiętam kiedyś z Mateuszem Janiszewskim zapętliliśmy ostatni utwór z Songs For Genpo z Trupów i przez całą niedzielę leciał cały czas ten utwór.

M. Z.: Prajnaparamita Mantra?

J. B.: Taak, tak, cały dzień leciała. Hm, no ale miejsce… Wiesz, proza życia. Na koncerty muzyki bardziej popularnej przyjdzie więcej ludzi i można trochę na tym zarobić, ale myślę, że poniżej pewnego poziomu tutaj to nie schodzi. Może o wszystkim nie wiem, ale szkoda, że ostatnio odbywa się mniej działań performerskich, wystaw, tego typu akcji. Wiadomo, że zawsze rządziła muzyka, ale kiedyś tego typu zdarzenia częściej się odbywały, teraz tego jest mniej...

M. Z.: Być może artyści wizualni wyjeżdżają szybciej.

J. B.: To prawda…

M. Z.: No nic, może coś się zmieni, ja również sobie tego życzę.

J. B.: No ciężko, zresztą sam możesz to zaobserwować – klub jest otwarty od czwartku do soboty i czasami na wydarzenia. Ludzie, którzy w Bydgoszczy kończą szkoły średnie raczej z tego miasta wyjeżdżają. Z kolei od mojego młodszego syna przychodzi jakieś 5-6 osób, ale tylko jeden jego kolega tutaj zostaje, a reszta wyjeżdża. Takie czasy, proza życia i tego się nie odwróci i nie zmieni po prostu. Chociaż chciałbym... hmm... Miasto stara się jak może. Bydgoszcz przez ostatnie kilkanaście lat, w sensie zewnętrznym, zmienia się na plus. Ludzie, którzy tu przyjeżdżają są bardzo zaskoczeni, ale niestety mentalnie nadal jest słabo. Kiedyś też była taka sytuacja, że Mózg, po Trytonach, później przejętych przez Józka [Eliasza], był właściwie jedynym klubem. Ciężko było, żeby on nie był pełny. Było tak, że właściwie przez cały tydzień (no może niedziela była taka ulgowa) przychodziło pełno ludzi.

M. Z.: No tak, ale to nie tylko było kwestią braku alternatyw w, powiedzmy, tej niszy kulturowej, ale braku alternatyw w ogóle.

J. B.: Tak, dokładnie. Oczywiście też trafiała do klubu publika przypadkowa, ale było to też, poprzez rodzaj prezentowanej sztuki, bardzo szybko weryfikowane. "Nie, nie, dziękujemy, to chyba nie jest miejsce dla nas".

M. Z.: No tak, takie epizody nadal czasami mają miejsce.

J. B.: No ja ostatnio tak akurat wieczorem często raczej nie bywam, ale może przez to jest jakoś, wiesz, bezpieczniej? (śmiech) Ale wracając – z takich tam luźnych rzeczy – dla mnie, jako muzyka, perkusisty koncerty dały mi możliwość zetknięcia się z mistrzami, których podziwiam. Zarówno perkusyjnymi, ale też nie tylko. Na przykład pierwszy koncert Joey’ego Barona – to było niestamowite. Muzyk, którego z Gwizdkiem [Tomkiem Gwincińskim] i ze Sławkiem bardzo ceniliśmy, bardzo lubiliśmy trio Billa Frisella, którego był częścią, nagle – 21 lat temu [1996], przyjeżdza i jest przed nami, tak jak ty teraz siedzisz, i mogę go oglądać. Szokujące, ale fajne też było to, że w konsekwencji jego przyjazdu, jako że na saksofonie grał z nim wówczas Ellery Eskelin, w tym samym roku, zdaje się, że kilka miesięcy później, Ellery przyjechał ze swoim trio, z Andreą Parkins i Jimem Blackiem. Tak jak o Baronie wszyscyśmy tutaj słyszeli, to o Jimie Blacku – nie, a okazał się on chyba jeszcze większym masterem niż Baron i było to niesamowite. Tony Buck, Paul Lovens z triem Alexandra von Schlippenbacha i Evana Parkera, to muzycy, którzy teraz przychodzą mi do głowy, ale też kupa muzyków, których nazwisk nie pamiętam, a zrobili na mnie niesamowite wrażenie. Sposób grania, używania wszystkich przeszkadzajek, strojenia bębnów – miało to wpływ. Jak Baron wyjechał, to pewnego dnia Sławek powiedział – „Tak jakoś wszyscy gracie jak Baron”. Jacek Majewski, Gwizdek, tak jakoś każdy na zasadzie Zeliga stawał się Joey’em Baronem (śmiech).

M. Z.: Moc inspiracji.

J. B.: Tak, zdecydowanie, nie do przecenienia, ale oczywiście łatwo jest wymieniać zagranicznych wykonawców, natomiast też to, co się działo na gruncie rodzimym – Miłość z Jackiem Olterem, Mazolewski, Trzaska, na co dzień miałeś do czynienia z wysokim poziomem muzycznym i przede wszystkim – odwagą. To było... to było fajne.

Przypis bibliograficzny
Zieliński, Mikołaj i Buhl, Jacek, “RODZYNEK W MORZU NIE WIADOMO CZEGO,” MÓZG archiwum, Dostęp 17 listopada 2019, http://archiwum.mozg.art.pl/items/show/73.
Relacje między zasobami

Zasób nie ma zdefiniowanych relacji