Przeskocz do głównej zawartości
Typ
Data
Tytuł
Krew na alcie

Krew na alcie

Opis

Rozmowa Pawła Smolińskiego z Mikołajem Trzaską zamieszczona w Jazz Forum 97/6 oraz publikowana na stronach internetowych Mózgu.

Tekst

PAWEŁ: Mikołaju, przed chwilą zakończył się koncert NRD. Zaprezentowaliście dużo bezkompromisowego humoru i jeszcze więcej dobrej muzyki. Graliście między innymi: temat z bajki o Misiu Uszatku, O mój rozmarynie oraz parodiowaliście przeboje Oddziału Zamkniętego, Quenn i Varius Manx. Lubisz takie koncerty z jajem?
MIKOŁAJ TRZASKA: Pewnie. Uwielbiam wychodzić poza istniejące ramy i zasady funkcjonujące w muzyce. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Lesterem Bowie, który powiedział: na początku musisz poznać pewne zasady, później spróbuj je złamać i znaleźć coś swojego. Myślę, że tak właśnie powinno być z muzyką. Wiesz, muzyka, jazz to wielkie słowa. Kiedy jednak wykraczasz poza ramy danego stylu, wtedy dopuszczasz siebie, to co naprawdę masz do powiedzenia i pokazujesz własne wnętrze.
W tej chwili zwłaszcza w jazzie jest mnóstwo stylów i świetnych wykonawców, bardzo dobrych warsztatowo. Dlatego myślę, ze jedyną szansą dla osób mego pokroju, należących do sceny jazzowej, jest pokazać wyłącznie siebie. To najlepsze, co można zrobić.

PAWEŁ: Zarówno w NRD, jak i Twojej formacji Łoskot brakuje typowych instrumentów harmonicznych. Co prawda masz w zespole gitarzystę Piotra Pawlaka, ale on bardzo specyficznie traktuje swoje wiosło...
MIKOŁAJ: W obydwu składach rzeczywiście nie ma instrumentu, który narzuca harmonię. Ale tak naprawdę, to każdy instrument jest harmoniczny. Poza tym nie zamierzam na siłę szukać konkretnego instrumentu. Gram przecież z ludźmi, a nie z instrumentami. Dlatego też obecny skład Łoskotu jest po części dziełem przypadku. Jeżeli chodzi natomiast o Piotra Pawlaka, to muszę powiedzieć, że to bardzo dobry harmonik, chociaż używa harmonii w specyficzny sposób.

PAWEŁ: Jeden z krytyków napisał na łamach Jazz Forum, że brzmienie Twego altu jest bardzo mocne, amerykańskie. Od siebie dodałbym, że z saksofonu Trzaski wychodzą dźwięki charakterystyczne dla twórczości późnego Coltrane'a i Ornette Colemana.
MIKOŁAJ: Nie ukrywam, ze takie opinie mnie cieszą. Miło słuchać, że mój alt brzmi czasami jak tenor Coltrane'a. Jednak boje się tego typu porównań; że mój instrument jest "amerykański". Chciałbym raczej, aby ktoś powiedział: jego saksofon brzmi jakoś specjalnie, niespotykanie. Przyznaję natomiast, że Trane jest dla mnie bardzo ważny, a jego twórczość sprawiła, że w ogóle chwyciłem do rąk saksofon, początkowo tenorowy. Szybko doszedłem jednak do wniosku, że tenor jest dla mnie zbyt wielki. Grałem jakbym miał za duże organy płciowe. Dlatego przerzuciłem się na mniejszy alt.

PAWEŁ: Czy zapatrzenie w Coltrane'a nie stało się dla ciebie w pewnym momencie męczące? Nie chciałeś uwolnić się spod jego ciężaru i zrzucić z klap saksofonu ducha mistrza?
MIKOŁAJ: Tak. To chyba podobnie, jak w przypowieściach ZEN. Najpierw poznajesz nauczyciela, potem z nim przebywasz i na koniec musisz od niego odejść, aby stać się sobą... W ogóle muszę powiedzieć, że dla mnie wzorem nie są zagrywki i skale grane przez Coltrane'a, lecz jego osobowość. Fakt, że z grania uczynił drogę. Nie mogę jednocześnie do końca odrzucić Trane'a, bo on jest tradycją, a ja muzykiem tradycyjnym. Niektórzy jednak mylnie uważają, że awangardowym, podobnie jak na przykład Art Ensemble of Chicago. Nieprawda! Ten zespół to jeden z najbardziej tradycyjnych istniejących bandów. Dlatego również mainstream nie jest muzyką tradycyjną, lecz raczej ugrzecznionym i uporządkowanym wytworem kultury krawaciarskiej.

PAWEŁ: Czy oprócz Trane'a cenisz jeszcze jakiś saksofonistów, w ogóle muzyków?
MIKOŁAJ: Wielką estymą darzę alcistów - Eryka Dolphy, Ornette Colemana, Steve'a Colemana, Artura Blythe'a - każdy z nich ma swój specyficzny ton, rodzaj głosu. Z Polaków lubię Mateusza Pospieszalskiego, głównie za podejście do muzyki..
Wiesz, wydaje mi się w ogóle, że najważniejsza nie jest sama technika, lecz na ile dany muzyk może wyjść poza wytyczony obszar, przekroczyć granicę, upuścić sobie krwi. Dla mnie liczy się muzyka płynąca głównie z serca. Ważny jest też oczywiście luz . Dlatego fascynują mnie oprócz jazzmanów Beatelsi. Ich muzyka zawiera dosłownie w s z y s t k o. Lubię też King Crimson, Yes, Cream i wiele, wiele innych rzeczy.

PAWEŁ: Nie wymieniłeś co prawda Lestera Bowie, ale chyba przez zwykłe przeoczenie. Wiem, że bardzo pozytywnie go odbierasz. Powiedz, jak z dystansu kilku miesięcy oceniasz współpracę z trębaczem Art Ensemble of Chicago i wspólne granie w Miłości?
MIKOŁAJ: Fantastycznie. Lester wyprzedził moje myśli mówiąc, że jazz zawiera całą muzykę świata. Powiedział też, że najważniejsze jest otwarcie i zasady, które trzeba przekraczać. Zrozumiałem wtedy, że to swój facet, wielki trębacz i nauczyciel. Od początku zachwycał mnie każdy dźwięk jego trąbki. Poza tym czułem się przy nim bardzo swobodnie. A przecież z reguły w kontaktach z nowo zapoznanymi ludźmi jestem spięty, chociaż chcę jednocześnie pokazać swój świat.

PAWEŁ: Nieco wcześniej niż z Lesterem Bowie, bo w trakcie Jazz Jamboree '93, grałeś podczas jam session wspólnie z Donem Cherry. Jak było?
MIKOŁAJ: Tak naprawdę to nie zdążyłem nawet zadąć w saksofon, kiedy Don Cherry wszedł i zaczął grać. Wcześniej siedział zniecierpliwiony przy barze i czasem patrzył na naszą grę. Nie wiem, czy słuchał Miłości. Cały czas się kręcił. Nagle wszedł na scenę, zagrał na fortepianie jakiś numer Monka i wyszedł. Dlaczego? Może nie podobała mu się nasza gra...?

PAWEŁ: Zdaniem Tomasza Stańki brzmienie artysty obrazuje jego życie, jest sprawą najgłębszych i najbardziej osobistych doświadczeń, oddaje osobowość muzyka. Do jakiego soundu dążysz?
MIKOŁAJ: Myślę, że to słychać kiedy gram, a dźwięk do którego dążę już gdzieś jest obecny w moim wnętrzu. Cały czas próbuje tylko go odkrywać. Podobnie jak w pasjansie. Stopniowo zdejmujesz karty, aż zostaje ta najważniejsza, as. Ja już mam w sobie asa. Nie wiem tylko jeszcze jak wygląda.

PAWEŁ: Myślę, że w Twojej muzyce, a zwłaszcza w balladach, słychać - obok nut charakterystycznych dla Czarnego Lądu - melodie zaczerpnięte z polskich piosenek granych niegdyś w polskim radio. Tych popularnych w latach 60., 70., i 80. Lubisz nasze piosnki?
MIKOŁAJ: Tak. Myślę, ze w ogóle cała scena jassowa ma szczególne upodobanie do krajowych piosenek. To takie nasze standardy jazzowe. Są dla nas tym, czym dla muzyków amerykańskich utwory z musicali powiedzmy Rodgersa i Harta. Z tą tylko różnicą, że my nie szanujemy piosenek i jednocześnie tradycji kulturowej. Głupio myślimy, że jest ona czymś gorszym od amerykańskiej. I według mnie ten kompleks jest problemem, a nie nasza kultura, która jest bardzo piękna. Uważam, że powinniśmy więcej czerpać z naszego dorobku. Grać piosenki na których się wychowaliśmy, a nie odżegnywać i odwracać się od nich. Musimy intensyfikować się z naszą kulturą. Piosenki to droga dla sceny jassowej.

PAWEŁ: Powiedziałeś kiedyś, że muzyka musi być bardzo dziwna. Czy bliska jest Tobie myśl Gustawa Flauberta: "Prowadź zwyczajne i uporządkowane życie, abyś w swej pracy mógł być nieokiełznany i oryginalny"?
MIKOŁAJ: Naprawdę powiedziałem, że muzyka musi być bardzo dziwna? Jeżeli tak, to się pomyliłem. Podoba mi się z kolei samo hasło, ten sposób podejścia do życia - aczkolwiek niełatwo zwyczajnie i normalnie funkcjonować. Ja próbuje prowadzić normalne życie, aby moja muzyka była wolna. Nie musi być więc dziwna, tylko prawdziwa, wolna i własna. Nawet za cenę banalności... Wiesz, można co prawda grać jakieś dziwne struktury, wymóżdżać i na siłę kombinować, ale po co?

PAWEŁ: Stwierdziłeś też kiedyś, że nie lubisz swingu. Myślę jednak, że muzyka Łoskotu, obok melodii i siły marsza, zawiera także element transowego swingu.
MIKOŁAJ: Nieświadomie kłamałem. Lubię swing i zawsze go lubiłem, tylko kiedyś nie mogłem sobie z nim poradzić. Nie znałem zasad i chciałem się od tego odciąć. Ale zawsze starałem się posługiwać swingiem, bo jest bardzo atrakcyjny. Myślę zresztą, że każda muzyka zawiera swing.

PAWEŁ: Mikołaju, jass jest formą jazzu. Jednak wielu muzyków związanych ze sceną jassową twierdzi, że jazz, zwłaszcza polski, umarł. Jak jest naprawdę?
MIKOŁAJ: Jazz nie umarł, jeżeli jest formą otwartą i zawiera wszystkie muzyki na świecie. Natomiast sam jass powstał w opozycji do jazzu. Chcieliśmy się po prostu odciąć od typowych krajowych muzyków jazzowych, których zresztą szanujemy. Pragnęliśmy stworzyć naszą "małą sanację". Mieliśmy dość tak zwanego "Polish jazzu". Stwierdziliśmy, że od naszych kolegów ze sceny różni nas samo podejście do muzyki, procesu tworzenia. Sądzę, że my za każdym razem podchodzimy do grania jak dzieci, a nie jak rutynowani rzemieślnicy. Nas po prostu cieszy muzyka.

PAWEŁ: Oprócz grania jazzu udzielasz się również na szeroko rozumianej scenie rockowej. Grałesz m.in. na ostatniej płycie Świetlików. Współpracę z muzykami rockowymi traktujesz jako chwilowe odprężenie od grania muzyki improwizowanej, czy może jak kolejną fascynację?
MIKOŁAJ: Uwielbiam żywiołowość i naturalność Świetlików. Fascynuje się ich podejściem do muzyki - która jest zresztą także jassowa, czyli żywa. Ciągnie mnie do niej jak licho. Nie mogę się powstrzymać. Być może ktoś zarzuci mi w tym momencie zbytni eklektyzm i skakanie po łepkach, ale trudno. Lubię robić wiele rzeczy.

PAWEŁ: Czy istnieje jednak muzyka, w którą nie wejdziesz?
MIKOŁAJ: To najtrudniejsze pytanie... Nie potrafię i boję się odpowiedzieć. Nie chcę czegoś przekreślić...Chociaż na pewno nie będę muzykiem typowo klasycznym i typowo jazzowym, mainstreamowym. Ja w ogóle nie będę i nie jestem muzykiem typowym!

PAWEŁ. Coś w tym jest. Należysz do grona młodych grajków zafascynowanych mrocznym jazzem lat końca 50., 60. - jednak w przeciwieństwie do niektórych twórców tamtego okresu nie używasz narkotyków. Tworzysz underground rodzimego jazzu, nie pozując jednocześnie na artychę degenerata. Przed koncertem nie wlewasz w siebie wódki, lecz medytujesz. Jesteś buddystą. Powiedz, czym jest dla ciebie wiara?
MIKOŁAJ: Z tą wiarą to trudna sprawa. Nie chcę filozofować, ale ja i moi przyjaciele bardzo szanujemy siebie, nasze życie i otoczenie. Część z nas praktykuje buddyzm, część wiarę chrześcijańską. Wszystko co robimy, chcemy wykonywać dobrze. Bardzo ważny jest dla nas pewien rodzaj zakorzenienia, oparcia duchowego, bez którego trudno być na scenie. Dlatego wszyscy opieramy się na Bogu - ukrytym w nas samych i prostych czynnościach, tu i w tej chwili, a nie gdzieś daleko. To nam wystarcza. Nie potrzebujemy więc dragów.
Natomiast z drugiej strony zdajemy sobie sprawę, że w każdej chwili moglibyśmy stworzyć na krajowej scenie jazzowej coś na kształt muzycznej "Solidarności", pokazać kły, zrobić rewolucję. Tylko po co? Przecież dla wszystkich muzyków wystarczy miejsca.
Przypis bibliograficzny
Smoliński, Paweł, “Krew na alcie,” MÓZG archiwum, Dostęp 13 listopada 2019, http://archiwum.mozg.art.pl/items/show/985.
Relacje między zasobami

Zasób nie ma zdefiniowanych relacji